Opowiadanie inspirowane jest anime Kuroko no Basuke!

czwartek, 16 czerwca 2016

SIEDEM LAT - Ósmy Cud

7
Rozdział dodatkowy
7 srebrnych lat!
Ten rozdział to jeden z siedmiu części jakie pojawią się wkrótce na moich blogach z okazji 7 lat pisania opowiadań! Oto harmonogram:
Dzień 1 – PiR - Przeprowadzka
Dzień 2 – BE Drużyna Cyrusa
Dzień 3 – DS Przyszłość
Dzień 4 – GCz Skutki braku snu
Dzień 5 – 8C – Język francuski z domieszką fińskiego
Dzień 6 – Ukryty Epilog
Dzień 7 – ? ? ?
 JĘZYK FRANCUSKI Z DOMIESZKĄ FIŃSKIEGO



            Marcel Bielski pracował w Spreso już trzy lata i można było powiedzieć, że naprawdę zna się na tym co robi. Sumiennie wypełniał swoje obowiązki i znany był jako jedna z najbardziej radosnych i uśmiechniętych osób w kawiarni. Nawet tak zwany „trudny klient” musiał liczyć się z tym, że zostanie obezwładniony przez uśmiech Marcela Bielskiego.
            Pracownicy pojawiali się i znikali. Pracowali przez jakiś czas, a następnie odchodzili. Jedynym stałym członem od dłuższego czasu była ta trójka – Marcel, Oliwier i Sonia. I właśnie ta trójka miała mieć dziś wspólną zmianę, co wprawiło Marcela w dobry nastrój. Jakby kiedykolwiek miewał inny. Od kilku lat szedł pozytywną ścieżką życia i widział same plusy.
            Pracował w miejscu, które było jego hobby. Grał z przyjaciółmi w koszykówkę jako reprezentant uniwersytetu. Miał piękną dziewczynę z Finlandii, która była siostrą jego najlepszego przyjaciela – Oliwiera Madgreya, który żył z kolei w stabilnym związku ze swoim chłopakiem Gasparem. Przyjaźnił się też z cudowną Malwiną Różańską, która umawiała się z eks-kapitanem Brunonem. Wszystko szło bardzo dobrze.
            Marcel zastanawiał się czy ma szczęście czy po prostu kreuje wokół siebie rzeczywistość tak, aby było lepiej. Cokolwiek to było, czuł że to będzie dobry dzień.
            Koło południa wpadła Malwina, wyraźnie przybita. Zajęła miejsce tuż obok baru i westchnęła ciężko, po czym uderzyła czołem o blat.
            – Perkele! – warknął Oliwier. – Zwariowałaś?
            – Oliwieeeer – załkała. – Co za okropny dzień! Bruno obudził się ze swoim kapitańskim fochem, więc cały ranek burczał i warczał, aż w końcu poszedł na zajęcia. Potem spaliłam sobie tosty, wybiegłam nieuczesana, spóźniłam się na autobus, następny nie przyjechał, a więc spóźniłam się do redakcji. Dostałam do napisania sześć artykułów, szefowa się wkurzyła, bo się nie wyrobiłam. Potem padł mi komputer, a następnie dopiero podczas przerwy zorientowałam się, że poszło mi oczko w rajstopach. Wyszłam z pracy, Bruno nie oddzwonił, a potem potknęłam się o krawężnik i prawie się przewróciłam, gdyby nie to, że wpadłam na staruszkę, która prawie zabiła mnie wzrokiem!
            Oliwier wpatrywał się w nią przez chwilę.
            – Zabrałaś mi dwie minuty życia. Mam nadzieję, że dasz mi spory napiwek.
            – Jesteś dupkiem!
            Wyszczerzył zęby, dumny z siebie.
            – Kawy? – zaoferował.
            – Poproszę – odparła, pociągając nosem. Położyła się na blacie i wpatrywała się w baristów. Marcel posłał jej słoneczny uśmiech. To poprawiło odrobinę jej humor. – Co u ciebie, Marcel?
            – Luzik-bluzik – odpowiedział, wyszczerzając zęby jeszcze bardziej. – Masz. – Podał jej czekoladową babeczkę. – Na dobry humor i lepszy dzień.
            – Marcel, jesteś kochany.
            Z łzą wzruszenia, przyjęła podarunek i nim zatopiła zęby, nacieszyła zmysł węchu delikatną wonią słodkiej czekolady. Podjadając, machała nogą i powoli zapominała o gorszym dniu. Oliwier podał jej kawę i była wdzięczna wszystkim mocom wszechświata za to, że spora grupa jej znajomych pracuje w kawiarni.
            – Bruno się odezwał? – zapytała Sonia.
            – Nie. – Pokręciła głową i zerknęła na swoją komórkę. – Musi mu samemu przejść. Czasem ma…
            – Okres? – zasugerował Oliwier.
            – Gorszy dzień – powiedziała. – Każdy ma. Tak jak ty, gdy zachowujesz się jak naburmuszony kot.
            Wszyscy dookoła zachichotali, a Oliwier zmrużył oczy.
            – Nie. Jestem. Kotem.
            Drzwi do kawiarni się otworzyły i do środka wszedł Gaspar z koszulą rozpiętą pod szyją i marynarką przerzuconą przez ramię. Uśmiechnął się do wszystkich zgromadzonych i zbliżył się do baru. Usiadł obok Malwiny i mrugnął do Oliwiera.
            – Cześć, kocie.
            – Ja pieprzę – warknął Oliwier, gdy wszyscy ponownie zachichotali. Sonia musiała iść zaplecze.
            – To bardzo miłe powitanie swojego chłopaka, który wczoraj zrobił ci masaż pleców – stwierdził Gaspar i ściągnął torbę z drugiego ramienia. – Czym sobie na to zasłużyłem?
            – Oni się śmieją ze mnie, że jestem kotem – poskarżył się.
            Gaspar westchnął i pokręcił głową.
            – Jak ci minął dzień?
            – Normalnie – odpowiedział, przesuwając się trochę na bok, bo jakaś kobieta podeszła do baru i złożyła zamówienie u Marcela. – Ludzie wciąż są idiotami, a świat się kręci. Zaraz wybije godzina licealna, więc musicie tu być i tworzyć mur.
            – Godzina licealna? – zapytała Malwina.
            – Godzina po lekcjach, gdy licealiści przychodzą po kawę i denerwują Oliwiera, bo przecież nikt poniżej osiemnastego roku życia nie może wyskoczyć z przyjaciółmi na kawę – powiedział Gaspar.
            – Może, ale nie musi być przy tym hasztag instadupkiem – warknął.
            – Sam masz instagram – przypomniał Gaspar. – I wczoraj zrobiłeś zdjęcie kawy.
            – Była zajebista, na moją obronę – stwierdził, wzruszając ramionami. – Nie tak jak twój śmierdzący ser. On się r o z p ł y  w a ł. Sam z siebie. Skunksiuku – dodał złośliwie.
            – Ne m'embête pas.
            – Co ty tam francuzisz?
            Malwina zachichotała. Odkąd zaczęła brać lekcje francuskiego u Gaspara, stawała po jego stronie coraz częściej, wiążąc sojusz, który Oliwier widział jako mój chłopak-moja przyjaciółka kontra Seksowny Fin.
            Gdy wygłosił tę teorię, Gaspar przypomniał mu, że jest tylko w połowie Finem.
            Oliwier tu es mon chat très agréable.
            – Oui. Je suis d'accord avec toi, mais parfois tu es terrible.
            – Dość! Nie obsługuję nikogo kto powie jeszcze chociaż słowo po francusku. Co za nieprzyjemnie brzmiący język! Jakby ktoś się dławił na koniec słowa, nie mogąc wymówić końcówki!
            Gaspar i Malwina zachichotali.
            – Tak, bo fiński nie brzmi jak lawina kamieni – burknęła Malwina.
            – Czasem się zastanawiam jak język polski brzmi dla obcokrajowców – zastanowił się Marcel.
            – Jak mowa węży z Harry’ego Pottera – stwierdził Oliwier. – Przypadkiem otworzyłem już kilka Komnat Tajemnic.
            – Wiedzieliście, że w Warszawie istnieje legenda o bazyliszku? – wtrącił Marcel.
            – Nie, ale wiedzieliśmy, że potrafisz przynudzać – rzucił Oliwier.
            A następnie musiał przyjąć zamówienie od dwóch dziewczyn z plecakami, na widok których pojawiła się mu mało widoczna żyłka na czole.
            Gaspar zwrócił się do Malwiny.
            – Chciałem ci powiedzieć, że oczywiście przyjdziemy z Oliwierem na twoją imprezę urodzinową.
            – Och, cieszę się! – Klasnęła w dłonie. – To też jest parapetówka, pamiętasz?
            – Pamiętam. – Skinął głową. – Nie mogę uwierzyć, że zamieszkałaś z Brunonem – westchnął ciężko. – Pamiętam go jako małego gimnazjalistę z sadystycznymi zapędami, ale z jakże uroczą czupryną.
            – Wiesz, to że ja mieszkam z Brunonem nie jest aż tak godne podziwu jak to, że mieszkasz z Oliwierem – powiedziała Malwina i zerknęła na Oliwiera, który nie wypadał z roli uśmiechniętego baristy, pozwalając sobie nawet na delikatny flirt, aby kolejne pieniążki zabrzęczały w puszcze na napiwki. Kiedyś Malwina zapytała się Gaspara czy mu nie przeszkadza to, że Oliwier tak robi. Gaspar odpowiedział, że kiedyś owszem, ale nauczył się, że jeszcze tego samego dnia Oliwier wraca do niego do domu i uprawiają seks. – Jak wam idzie?
            – Cóż, nie narzekam – odpowiedział spokojnie. – Ale wiesz jaki bywa Oliwier.
            – Wiem, wiem. A jak się sprawuje Sampo? – zapytała z odrobiną smutku w głosie. Gdy Malwina i Oliwier wyprowadzali się ze swojego mieszkania na Służewcu, pojawił się problem dotyczący dalszej opieki nad Sampo. Chociaż Oliwier stwierdził, że Malwina i tak lepiej by się nim zajęła, Malwina pamiętała, że do Oliwier znalazł i przygarnął kota. Dlatego Sampo teraz mieszkał z Oliwierem i Gasparem.
            – Czasem bardziej ludzko niż Oliwier. I na odwrót – odpowiedział z uśmiechem. – Nigdy nie miałem zwierzaka w domu. To nowe doświadczenie, ale bardzo fajne. Dotychczas Sampo był tylko u was. Na początku chyba tęsknił, bo wyglądał przez okno w stronę Służewca, co, przyznam bez bicia, troszeczkę mnie przerażało.
            Malwina zaśmiała się.
            Oliwier zabrał się za przygotowywanie kawy.
            – Słyszę was, dziubaski – poinformował. – Nie słyszałaś mojej wersji, Malwino. Otóż mieszkam w prawdziwym zoo. Z kotem i skunksikiem.
            – Va te faire enculer – wyrecytował Gaspar. Malwina prawie zakrztusiła się kawą, a Oliwier spojrzał na nich, marszcząc czoło.
            – Co? No co?!

***

            – Jezu! – syknął Gaspar i prawie usiadł, ale przytrzymała go silna dłoń Oliwiera. – Nie gryź! Wiesz, że nie lub… Ach! – jęknął, gdy Oliwier niespecjalnie wzruszony, nie przestawał. – Oui… très bien.
            – Lubię jak mówisz po francusku, gdy ci robię loda – poinformował Oliwier z dołu.
            – A więc nie przestawaj – mruknął. – Bez rąk…
            – Zboczuch – stwierdził zadowolony Oliwier i zamilkł, zajmując się czymś innym. Przestał po jakimś czasie, złapał oddech i powiedział: – Nie chcę cię poganiać, ale zaraz będziemy musieli się zbierać na imprezę.
            – To się postaraj.
            – Myślisz, że wjazdem na ego coś zdziałasz? – Oliwier uśmiechnął się złośliwie. – Masz racje.



***


            Gaspar leżał jeszcze przez jakiś czas i czekał, aż Oliwier skończy brać prysznic. Na łóżku, tuż obok Francuza, położył się Sampo, zwijając się w kulkę, udając że nie wie co się przed chwilą działo w sypialni.
            Gdy Oliwier w końcu wyszedł z łazienki, otaczała go mgła.
            – Dobra, pytanie do ciebie. – Oliwier uniósł dwie koszule. – Niebieska czy szara?
            – Niebieska – odpowiedział sennie Gaspar.
            – A ty jaką zakładasz?
            – Białą.
            – Hmm. – Oliwier zamyślił się chwilę. – Dobra. To ty tu jesteś fashionistą.
            Gaspar wstał z łóżka (nagi) i minął Oliwiera w drzwiach.
            – Moja kolej.
            – Wyszoruj się dobrze, skuksiku.
            Gaspar to zignorował.

***

            Na parapetówce u Malwiny i Brunona pojawiła się większość znajomych z drużyny koszykarskiej. Maksymilian jak zwykle zagnieździł się w kuchni, skupiając się na wszelkich potrawach, które przygotowała Malwina.
            – Hm… Kalafior w dipie? – mruknął.
            – Zdrowo! – Uśmiechnęła się Malwina. Po czym dodała: – Na tamtym stole są chipsy i słodycze.
            – Wielbię cię – powiedział olbrzym i ruszył do drugiego stołu.
            Wśród gości pojawili się także Marcel z Ievą, którzy przez większość czasu musieli się mierzyć z ponurymi spojrzeniami Oliwiera. Jego siostra ignorowała to z wrodzoną gracją, ale Marcel co jakiś czas się kulił.
            – Przestań. – Gaspar szturchnął swojego chłopaka. – Chodzą ze sobą już od ponad roku.
            – On sypia z moją siostrą – syknął.
            – Oh mon Dieu. Marcel sypia ze swoją dziewczyną – sprostował Gaspar. Po czym złapał Oliwiera za rękaw i odciągnął do innej części mieszkanka. Tam wpadli na Brunona, który właśnie rozmawiał o czymś z Cyrusem. Oliwier nie lubił być w towarzystwie trójki kapitanów. Zawsze miał wrażenie, że to inny wymiar.
            Na szczęście Oliwiera odciągnęła szybko Malwina, mówiąc że chce mu pokazać balkon. Oliwier nie był, aż tak wielkim fanem balkonów, aby specjalnie odrywać się od rozmowy, ale w tym wyjątkowym wypadku poszedł na to.
            Balkon faktycznie był spory na tyle, aby zmieściły się tam dwa krzesła i stolik oraz zalążek czegoś co pewnie w przyszłości miało być małym ogródkiem. Oliwier kiedyś był w domu rodzinnym Malwiny i najwidoczniej odziedziczyła miłość do kolorowych kwiatów po mamie.
            – Lepiej? – zapytała Malwina.
            – Co masz na myśli?
            – Wiem, że czasem się dusisz na takich spotkaniach. – Uśmiechnęła się i oparła o barierkę. – Poza tym chciałam chwilę z tobą pogadać.
            – Hm? O co chodzi? – zapytał i oparł się obok niej. Wyciągnął z kieszeni paczkę papierosów. Malwina pokręciła głową.
            – Gaspar jednak tego nie pokonał – stwierdziła bezradnie.
            – Palę mniej, jeżeli cię to pocieszy – odrzekł, wzruszając ramionami.
            – Odrobinkę – przyznała i przeczesała swoje włosy. – Wiesz… Odrobinę tęsknię za tym jak mieszkaliśmy razem.
            – Nic by z tego nie było, mała – odpowiedział ze złośliwym uśmiechem. – Wolisz chłopaków. Ja też.
            Malwina parsknęła śmiechem.
            – Nie jestem gejem. – Malwina całkiem wiarygodnie udawała głos Oliwiera. Oryginał spojrzał na nią z psotną iskierką w oczach. – Tyle razy to powtarzałeś. Teraz to takie zabawne.
            – Ej, nie wiedziałem czy mogę ci zaufać – prychnął i zaciągnął się dopiero co zapalonym papierosem. – Ale, niech stracę, jesteś spoko.
            – Dzięki – zachichotała, a on do niej dołączył.
            Prawda była taka, że choć Oliwier naprawdę był zakochany w Gasparze, tęsknił za mieszkaniem z Malwiną. Chociaż lista obowiązków się nie zmieniła (Gaspar na przykład też wolał jak klapa w kiblu była zamknięty. Zapytany dlaczego, odpowiedział, że nie chce, aby jakiś szczur wdarł się do łazienki. Oliwier nie skomentował) to mieszkanie z dziewczyną miało swoje uroki. Nie spodziewał się, że dziewczyna, która zamieszkała z nim przez przypadek zostanie jego najbliższą przyjaciółką.
            – Między tobą, a Brunonem wszystko w porządku?
            – Tak. – Pokiwała głową. – Miał wtedy gorszy dzień, ale wrócił do domu z kwiatami i kilkoma paczkami nasion, abym mogła zacząć coś siać, więc zrozumiał, że trochę nie w porządku się zachował. To było miłe.
            – Wybacz, Brunona raczej znam od tej sadystycznej strony.
            Malwina przygryzła wargi, a Oliwier zaciągnął się papierosem.
            – Oj, też poznałam tę stronę – przyznała.
            – Na treningach? – zapytał.
            – Tak, Oliwier. Na treningach – odpowiedziała spokojnie.
            Oliwier wydmuchał z płuc dym i wzruszył ramionami.
            – Było fajnie, ale to nie znaczy, że przestaniemy być przyjaciółmi – powiedział Oliwier. – Co prawda ja mieszkam teraz na Woli, a ty na Powiślu, ale to nie jest aż tak daleko… Chyba – dodał. – Najwyżej w centrum się spotkamy. Tak po środku jakoś.
            Malwina roześmiała się.
            – Jasne. Nie ma problemu.
            – Swoją drogą, jakim nauczycielem jest Gaspar? – zapytał zaciekawiony. – Niewiele mówi, gdy wraca z korków z tobą.
            – Jest bardzo cierpliwy – odpowiedziała rozbawiona. – Naprawdę. Czasami go podziwiam. Ale jest też… surowy? Jak to nazwać? Jak raz nie zrobiłam zadanej pracy domowej to nie był zły, ale… taki… zawiedziony. – Zadrżała. – Wolałabym, aby się zdenerwował.
            – Znam to – westchnął Oliwier. – Nawet bardzo dobrze. Ale gorzej jest jak nic nie mówi, słowo daję. Po prostu bierze wdech, patrzy na ciebie i zamyka się w sypialni.
            – Ma metody wychowawcze, nie ma co.
            – Gaspar? – Usłyszeli za plecami i podskoczyli. Malwina złapała się za serce, a Oliwier upuścił papierosa, który teraz poleciał w dół i wpadł prosto do doniczki u sąsiadów dwa piętra niżej.
            Oliwier wyrzucił z siebie wiązankę fińskich przekleństw.
            – Natan! – Malwina próbowała złapać oddech.
            – Przestań tak robić! – ryknął Oliwier.
            – Nie rozumiem – mruknął Nataniel. – Przecież powiedziałem wam cześć jak wszedłem na balkon.
            Oliwier, drżącą ręką, sięgnął po kolejnego papierosa i już nic nie mówił.
            – Trochę nas przestraszyłeś – wyznała.
            – Mały dupek – skomentował Oliwier i zaciągnął się papierosem.
            – Malwino, Bruno cię szuka – poinformował, a potem zniknął z balkonu tak nagle jak się pojawił. Malwina odchrząknęła.
            – Czasem mnie to denerwuje – szepnęła.
            – Mnie zawsze – warknął Oliwer. – Te jego pojawianie się… Uch…
            – Idę do Brunona. Poczekaj tu na mnie.
            Oliwier skinął głową i wrócił do palenia. Na Powiślu było jakoś cicho. Ciszej niż w innej części miasta, a przynajmniej tak mu się wydawało. Nawet majaczący gdzieś w oddali Most Poniatowskiego nie przeszkadzał aż tak bardzo, chociaż widać było sunące po nim samochody i tramwaje.
            – Viens! Suis-moi!
            Oliwier obejrzał się przez ramię. Na balkon wszedł Gaspar z kieliszkiem szampana i z rozpiętą koszulą o jeden guzik więcej niż wtedy, gdy go zostawiał.
            – Nie mam pojęcia co mówisz – odpowiedział.
            Ne fume pas!
            – Wciąż nie mam pojęcia co mówisz. – Oliwier uśmiechnął się szeroko. I złośliwie. – Jesteś pijany?
            – Odrobinę odurzony, przyznaję – powiedział, zbliżając się do Oliwiera. Oparł się o balustradę i wypił kolejny łyk szampana. – Je t'entraînerai et sans que tu le saches, Avec amour avec douceur.... Moi, joli bébé requin, je vais te dévorer le cœur!
            – Tak, upiłeś się – stwierdził Oliwier. Było to ciekawe odwrócenie ról. – Im więcej mówisz po francusku, tym bardziej jesteś podchmielony.
            – To nie jest zasada.
            – W twoim wypadku się sprawdza.
            Popatrzyli sobie chwilę w oczy, a potem się do siebie przysunęli i się pocałowali. Jeden smakował słodyczą szampana, a drugi goryczą papierosów.
            – Ostateczny dowód na to, że jesteś pijany – Oliwier uśmiechnął się szeroko. – Całujesz mnie, gdy palę.
            Gaspar roześmiał się i pokręcił głową. Ostatnio nieco skrócił swoje włosy.
            – Je veux être la seule. À te manger le cœur… – Gaspar zawahał się. – Mam przestać francuzić?
            – Nie. – Pokręcił głową. – Lubię, gdy to robisz.
            Gaspar uśmiechnął się, a potem spojrzał gdzieś w dal.
            – Cholera, Oliwier. Chyba masz rację. Je suis ivre.
            – Pijany? Chcesz iść do domu?
            Gaspar wypił szampana do końca i skinął głową.
            – Tak. Lepiej tak zróbmy, bo potem będziesz miał ze mną za dużą pożywkę – stwierdził. – Chodźmy się pożegnać jak stara, nudna para.
            – Ty jesteś stary. Ja jestem młody.
            Gaspar wywrócił oczami.
            – Idziecie już?
            – Perkele! – krzyknął Oliwier
            Merde! – dodał Gaspar i obejrzeli się przez ramię. Za nimi stał Nataniel i wpatrywał się w nich swoimi wielkimi, błękitnymi oczami.
            – Też lubię francuski – oznajmił po chwili.
            – Zajebię cię, mały gnojku! Zastrzelę! Wyrzucę przez balkon! Nie żyjesz, kurwa, czaisz?!
            – Nataniel. – Gaspar złapał oddech. – Proszę, nie rób tak. Oliwier, lubię twój fiński, a nie łacinę podwórkową.
            – On przyprawia mnie o dreszcze! Zawał gwarantowany przez niego! Vittu! Paska! Luuseri!
            – Czy on przeklina? – zapytał Natan.
            – Tak. I rzuca ciężką artylerią o ile kojarzę – stwierdził Gaspar, łowiąc słowa. – Odpowiadając na twoje pytanie, Natanielu. Tak, będziemy się zbierać.
            – Äitisi nai poroja! – kontynuował Oliwier, wyraźnie zdenerwowany.
            – Co on mówi?
            – Mam wrażenie, że coś związanego z reniferem. – Oliwier uspokoił się i opuścił balkon. Gaspar pokręcił głową. – No dobrze, Natanielu. Do zobaczenia.
            – Ał rewuła – rzucił Natan, a Gaspar prawie się skrzywił na dźwięk bardzo złej wymowy. – Będziesz mnie za to nienawidził – westchnął Nataniel.
            – Nie, ale… nie mów po francusku – poprosił. Pożegnali się i Gaspar dogonił Oliwiera w salonie. Pożegnali się, wyjątkowo czule z Malwiną i opuścili imprezę. Oliwier wciąż wyglądał na wściekłego.
            – Zamówiłem nam ubera – poinformował po chwili. – Będzie za pięć minut.
            Très bien.
            – Mm… Francuzisz – mruknął Oliwier, przybliżając się do Gaspara. – Skoro tak, to może polecimy w ślimaka?
            Gaspar zaczął się śmiać tak głośno, że spłoszył kota z okolicznego kosza na śmieci. Potem zgiął się wpół, ocierając łzy. Śmiał się jeszcze w aucie, którym wracali (kierowca zerkał dziwnie na Gaspara w lusterku), a Oliwier chyba zrozumiał, że dzisiaj już się nie pocałują.
            Oliwier jednak nie narzekał. Lubił dźwięk śmiechu Gaspara.