Opowiadanie inspirowane jest anime Kuroko no Basuke!

Przed Ósmym Cudem, był Brakujący Element. Polecam!

piątek, 22 grudnia 2017

Rozdział bonusowy - Poznaj moich rodziców!



 ŚWIĄTECZNY ROZDZIAŁ BONUSOWY

Poznaj moich rodziców!




            – Pobudka, kocie – oznajmił Gaspar.
            Oliwier wydał z siebie odgłos, który dało się usłyszeć jedynie przed szóstą rano, gdy jego ciało było pozbawione już resztek kofeiny z poprzedniego dnia, a jeszcze nie otrzymało świeżej, porannej dawki.
            Gaspar nie miał zamiaru się poddać. Zwłaszcza, że to nie on był pomysłodawcą wcześniejszego lotu, a właśnie Oliwier, który zadecydował, cytując: „lepiej będzie jak złapiemy wcześniejszy lot i w Paryżu będziemy koło południa. Zobaczysz, tak będzie lepiej i będziemy mieli czas, aby trochę połazić po mieście”.
            A więc tak zrobili. Kupili wcześniejsze bilety, co zobowiązywało ich równocześnie do równomiernie wczesnej pobudki. Znając tendencje do późnego spania swojego chłopaka, Gaspar zarządził położenie się spać po dziewiątej. Co więcej, dopilnował, aby wszystko było spakowane i czekało na nich tuż przy drzwiach, bo Oliwier miał również tendencję, do późnego pakowania się, co odrobinę Gaspara irytowało.
            Nie chodziło nawet o to, że Oliwier pakował się bez ładu i składu, ale dlatego, że Gaspar lubił mieć podróż zorganizowaną i zapiętą na ostatni guzik. Szukanie z rana zapasowej pary skarpet było dla Gaspara mocno niepożądane, ale jego chłopak nie miał z tym najmniejszych problemów.
            – Oliwier – powtórzył niecierpliwie, łapiąc go za ramię. – Wstawaj. Mamy samolot.
            – Viisai minuuttia… – odparł zaspanym głosem, nawet nie otwierając oczu. Gaspar słyszał to już wystarczająco często, by wiedzieć, że to prośba o magiczne pięć minut dodatkowego snu, wypowiedziane w ojczystym języku Oliwiera. Niechętnie, ale Gaspar spojrzał na zegarek, by nie musieć patrzeć na wyjątkowo uroczy widok przedstawiający jego kochanka w trakcie snu. Biorąc pod uwagę codzienną dzikość Oliwiera, widok jego spokojnej twarzy z rana i w nocy, był strzałem w serce Gaspara.
            – Pięć minut – oznajmił i wyszedł spod kołdry.
            Kawa. Przede wszystkim kawa. Jej zapach z kuchni mógł pomóc w dobudzenia śpiącego, a poza tym Gaspar też miał na nią ochotę. Z przyzwyczajenia chciał wsypać do miski ich kota Sampo karmę, ale przypomniało mu się, że przecież na czas ich pobytu w Paryżu, Sampo przejęła Malwina z Brunonem. Ku swojemu zdziwieniu, zatęsknił za tą białą, puchatą kulką, która zdążyła uszkodzić mu kawałek skórzanej kanapy.
            To był ciężki widok.
            Gdy kawa już się parzyła w ekspresie, Gaspar zabrał się za robienie delikatnego śniadania, bo jeżeli Oliwier czegoś z rana nie zjadł, robił się tak markotny, że czasami chciało się mu po prostu zakleić usta. Chcąc tego uniknąć, lepiej było nawet w niego wmusić jakieś jedzenie.
            Dzisiejszy dzień był dość istotny i chociaż wiedział, że Oliwier świetnie da sobie radę, wolał oszczędzić mu jak największych ilości stresów. Bo chociaż często udawał, że niewiele go obchodzi, Gaspar doskonale wiedział, że w środku okropnie się stresuje.
            A dziś w końcu miał poznać rodziców Gaspara.
            Niby Oliwier chciał lecieć do Paryża w okresie świąt Bożego Narodzenia i niby wcale mu nie przeszkadzało to, że będzie spał u rodziców swojego chłopaka, ale na tydzień przed wylotem zaczął się wypytywać o różne sprawy. Co lubią jego rodzice, jak się zachowywać, czy powinien przynieść kwiaty, czy powinien powiedzieć do ojca Gaspara „teraz już wiem, po kim Gaspar odziedziczył taki seksapil”. To ostatnie Gaspar szczerze odradził, ale Oliwier się nie poddał.
            – Myślisz, że będę mógł do niego mówić per „tatusiu”? – Szczerzył zęby, gdy zadawał to pytanie.
            – Jesteś niereformowalny, Madgrey – poinformował Gaspar.
            W każdym razie, Oliwier miał małego pietra, a Gaspar chciał zrobić wszystko, aby stresował się jak najmniej. Bądź, co bądź, kochał Oliwiera Madgrey’a i chociaż rzucali do siebie często złośliwości, to martwił się o swojego chłopaka. Zwłaszcza dziś, gdy stawał przed nową sytuacją, pierwszy raz w życiu.
            Okazało się, że choć przeszłość Oliwiera względem swoich kochanków i kochanek była dość bujna, nigdy przed Gasparem nie miał tak poważnego związku. No, może poza tym całym Ale, który poił Oliwiera trucizną, a ich relacja była tak toksyczna, że Oliwier ostatecznie zdecydował się porzucić swoją ukochaną koszykówkę, a także uciec do innego kraju, by móc na nowo się pozbierać, po tym, jak Ale go zdradzał i nie szanował. I choć Gaspar mu współczuł, gdyby nie Ale, nigdy nie poznałby Oliwiera. No i kiedyś z wielką radością uderzył go prosto w twarz, pozostawiając na niej zgrabnego i dużego siniaka.
            – Kawa…? – Gaspar obejrzał się przez ramię, gdy usłyszał jak Oliwier wsunął się do kuchni.
            – Dzień dobry. Tak, zrobiłem kawę.
            – Kocham cię – oznajmił i usiadł przy stole, kiwając się do przodu i do tyły, walcząc ze zmęczeniem i sennością. – Nie mogłem dziś spać… Zasnąłem koło drugiej.
            Wielkie sińce pod jego oczami były dodatkowym dowodem jego słów.
            – Zrobiłem też śniadanie. Kawa postawi cię na nogi – dodał, podając mu pełen zestaw na stół. – Pójdę wziąć prysznic, a ty postaraj się nie wylądować twarzą w pomidorach, dobrze?
            – Wiesz, że niczego nie obiecuję, maleńka.
            Gaspar roześmiał się i pogładził Oliwiera po włosach.
            Dzięki staraniom Gaspara, dotarli na lotnisko o czasie, najedzeni i odświeżeni. Nawet Oliwier podchwycił fakt, że już nie śpi i namówił Gaspara na lotniskowe selfie, które potem rozesłał do Malwiny i Marcela z podpisem „zabieram dupeczkę do Paryża, może zaliczę?”.
            – Twój romantyzm się nie kończy – stwierdził Gaspar, gdy szykowali się do odprawy.
            Na pokładzie samolotu Oliwier prawie natychmiast zasnął, jeszcze zanim poderwali się do lotu, ale lepiej było go nie budzić. Jeżeli miał w nocy problemy ze snem, to lepiej teraz, aby trochę nadrobił. Najważniejsze, aby nie robił drzemek po południu, bo wtedy był nie do wytrzymania, w połowie wyspany, a w połowie nie.
            W trakcie lotu Gaspar czytał książkę, co jakiś czas wyglądając przez okno, by podziwiać widoki. Myślał wtedy o tym, jak pierwszy raz byli z Oliwierem w Paryżu i ile się wtedy działo. Minęły już dwa lata, ale Gaspar wciąż nie wierzył, że przez to, co przeszli, są jednak razem i to na dodatek szczęśliwi. Gdyby ktoś mu wtedy powiedział, że za dwa lata będzie leciał z Oliwierem Madgreyem do swoich rodziców, by przedstawić go oficjalnie jako swojego ukochanego, nie byłby tego taki pewien.
            Turniej EuroBask, którego finał odbywał się właśnie w Paryżu, doprowadził do spotkania Oliwiera z Gasparem. Pamiętał doskonale tę nieprzespaną noc, podczas której uprawiali miłość, a następnie rozmawiali do białego rana, wyjaśniając sobie swoje przeszłości. Krzywdy, które sprawiły, że obaj na początku bali się poważnego uczucia, które się między nimi rodziło.
            Biorąc pod uwagę, że ich znajomość zaczęła się od wspólnej gry w koszykówkę i sporadycznych spotkań na seks, Gaspar musiał przyznać, że mieli jedno z nielicznych szczęśliwych zakończeń tej historii.
            Ujął dłoń Oliwiera, a ten wziął głębszy wdech i uchylił swoje szare oczy, które zawsze dla Gaspara skrzyły się srebrem.
            – Niedługo lądujemy – poinformował z uśmiechem.
            Ten wzrok Oliwiera, zza przymrużonych oczu, sprawił, że Gasparowi szybciej zabiło serce. Jak można było tak bardzo kogoś kochać, że wystarczyło senne spojrzenie, aby stwierdzić, że dla tej osoby skoczyłoby się w ogień.
            – Stresuję się – powiedział Oliwier, zamykając znów oczy. – Co jeżeli mnie nie polubią?
            – Polubią – zapewnił Gaspar i ścisnął jego dłoń. – Jestem obok ciebie. Zawsze.
            Oliwier uśmiechnął się delikatnie.
            – Merci – odpowiedział.
            Lądowanie, odbieranie bagażu i czekanie na autobus okazało się iść zaskakująco zgodnie z planem. Gaspar spodziewał się świątecznych tłumów, ale najwidoczniej los im dzisiaj sprzyjał. Wolał nie pamiętać jak kilka lat temu wracał do Paryża i przez warunki pogodowe większość świąt spędził na lotnisku.
            Oliwier rozglądał się zaciekawiony dookoła, czując się nieco przytłoczony, przez dominujący dookoła język francuski. Gaspar uczył go podstaw, ale na pewno nie było możliwości, aby samemu się z kimś dogadał. Dobrze, że miał przy sobie osobistego tłumacza, który załatwił im bilety autobusowe. Dojazd do Paryża zajął im prawie godzinę, ale ostatecznie z zadowoleniem stanęli w centrum.
            Oliwier musiał przyznać sam przed sobą. Paryż był piękny. Nie miał pojęcia gdzie powinien podziać oczy, bo zewsząd mrugały do niego świąteczne ozdoby. Łańcuchy, lampki, ruszające się manekiny, oświetlone wystawy sklepów. Stragany na Polach Elizejskich, sypiący śnieg, iluminacje, a także Wieża Eiffla zachwycały Oliwiera, przez co podróż do metra zajęła im nieco dłużej, bo chciał zrobić jak najwięcej zdjęć.
            – Jeszcze tu wrócimy – poganiał go Gaspar. – Słowo.
            – Wiem, ale ja chcę już.
            Gaspar wywrócił oczami, ale ostatecznie udało im się dotrzeć metra, a stamtąd już prosto do domu jego rodziców. Nie przepadał za tym środkiem komunikacji, ale przedzieranie się taksówką przez centrum zajęłoby dużo czasu, a Gaspar już naprawdę chciał zobaczyć się z rodzicami.
            Nazwy stacji metra niewiele mówiły Oliwierowi i na dobrą sprawę nawet się nimi nie przejmował. Gaspar był przewodnikiem i za nim podążał. Gdy wstał, on też wstał.
            Ośnieżona ulica poprowadziła ich do parku, który Oliwier kojarzył. To za nim znajdował się dom rodziców jego chłopaka, a przez to wizja spotkania się z nimi wydawała się być coraz bardziej realna. A gdy zza drzew wyłonił się elegancki, szklano-betonowy dom z pięknym ogrodem, Oliwier jęknął w duszy. Nie miał najlepszej reputacji, nie robił dobrego, pierwszego wrażenia i zawsze budził negatywne skojarzenia. Poskarżył się kiedyś, że to przez jego ohydną mordę, na co Gaspar odparł jedynie, że ma najprzystojniejszą twarz jaką widział.
            – Mam stresa, Gaspar – oznajmił, gdy wspinali się po schodach, prowadzących do drzwi.
            – Będzie dobrze – odparł spokojnym tonem. – Dzwonię – ostrzegł, przykładając dłoń do dzwonka. Nie było już sensu uciekać, choć Oliwier musiał przyznać, że ostatnie treningi z Cyrusem poprawiły jego szybkość. Jednak nie chciał zawieść Gaspara, więc ucieczka nie wchodziła w grę. Wziął więc głęboki wdech i skinął głową.
            Gaspar nawet nie zdążył nacisnąć przycisku, gdy drzwi otworzyły się nagle, aż obaj podskoczyli.
            U progu stanęła okrągła kobieta o czarnych włosach, spiętych w ciasny kok. Choć była niska, to potrafiła wzrokiem sprowadzić najwyższych graczy koszykówki do parteru. Najpierw przecięła wzrokiem przez Oliwiera, a potem, na widok Gaspara, uśmiechnęła się szeroko.
            – Gaspar! – wyrzuciła z siebie, a potem objęli się mocno, wymieniając się kilkoma zdaniami po francusku. Wprowadziła gości do środka, pozwalając nawet na to, aby przywitać się z Oliwierem, krótkim, ale zaskakująco ciepłym uściskiem.
            Jakieś dwa lata temu, gdy był tu pierwszy raz, Stépahnie, guwernantka rodziny Arcenciel, wcale nie była tak pozytywnie do niego nastawiano. Co prawda miał wtedy dredy, bluzę i luźne spodnie, które aż krzyczały, że tutaj nie znajdował się we właściwym miejscu. Tym razem to sam Gaspar zadbał o jego garderobę, więc akurat w tym aspekcie był spokojny.
            Ledwo nacieszył się radością związaną z ciepłym powitaniem przez Stephanie, gdy przypomniało się przed kim teraz musiał zrobić wrażenie.
            – Maman! Papa!
            Oliwier obserwował jak Gaspar wpada w objęcia rodziców i trwają tak przez dłuższą chwilę, wymieniając się jakimiś francuskimi powitaniami, które niewiele mu mówiły. Trwał tak przez chwilę z tyłu, szykując się na moment, o którym myślał od dawna.
            A potem, gdy już uściskali swojego syna, rodzice zwrócili się w stronę Oliwiera.
            Od razu rzucało się w oczy to, że Gaspar odziedziczył delikatne rysy twarzy po mamie, podobnie jak lśniące, ciemne włosy. Wzrost i szczupłe ciało zdecydowanie dostał po ojcu, który był wyższy od Oliwiera. Widział już ich zdjęcia (Gaspar je mu pokazał), ale na żywo robili kompletnie inne wrażenie. Wpatrywał się w nich przez moment, aż drgnął.
            – Bonjour – wyrzucił z siebie Oliwier, bardzo kalecząc to słowo. Rodzice Gaspara byli wybitnymi kardiologami, którzy sporo zarabiali i ich chłodna elegancja biła po oczach. Na początku bał się, że nie zrobił dobrego wrażenia.
            I wtedy mama Gaspara, uśmiechnęła się do niego ciepło.
            Oliwier, c'est un plaisir de te rencontrer finalement – oznajmiła, podchodząc do niego. Objęła go. – Och, wybacz. – przeszła na angielski. – Siła przyzwyczajenia. Jestem Amélie, a to mój mąż, Clément.
            – Miło państwa nareszcie poznać – oznajmił, uśmiechając się serdecznie. Wymienił uścisk dłoni z panem Arcenciel. – Dziękuję za zaproszenie na Święta.
            – Och, wiemy jak ważny jesteś dla naszego Gaspara – zapewniła pani Arcenciel. – Ależ ty jesteś przystojny, dobry Boże.
            – Och. Merci.
            Gaspar zaśmiał się cicho, a koło niego pojawiła się Stéphanie i skomentowała coś na mój temat, ale po francusku. Drgnął i pokręcił głową.
            Stéphanie, arrete, s'il te plait! Ne sois pas mechante.
            Kobieta machnęła ręką i wycofała się do kuchni.
            – Gaspar, zaprowadź proszę naszego gościa do waszej sypialni – poprosił pan Arcenciel. – A potem zapraszamy was na obiad. Wtedy porozmawiamy.
            – Oui, papa. Merci. Chodź, Oliwier. – Gaspar mrugnął do niego i ruszyli z torbami do sypialni na piętrze. Oliwier również już był w tym pomieszczeniu. Co prawda na jedną noc, ale zapamiętał właściwie każdy detal, poczynając od wielkich szyb, zaokrąglenia w ścianie na półkę z książkami, trofeami i łóżku we wnęce tuż przy drzwiach. Gaspar miał również swoją łazienkę i garderobę, w której Oliwier mógł zrobić dwa długie kroki.
            Okno było otwarte, pomieszczenie było przewietrzone, a na dodatek Oliwier dostrzegł specjalne kadzidełko zapachowe.
            Gdy tylko drzwi do sypialni Gaspara się zamknęły, Oliwier wypuścił głośno powietrze z płuc.
            – Lepiej? – spytał Gaspar, zdejmując z siebie płaszcz.
            – Lepiej – przyznał. Ściągnął kurtkę i stanął przed Gasparem. Pocałował go czule. – Są bardzo mili.
            – Spodziewałeś się tyranów?
            – Nie, ale zawsze mówiłeś, że są… zdystansowani.
            – Bo są. Zobaczysz. Ale to nie znaczy, że nie lubią ludzi. Poza tym, jesteśmy razem już dwa lata, więc wiedzą, że to poważne. Chcą cię traktować poważnie.
            – Brzmi jak dodatkowa presja.
            – Wyluzuj – roześmiał się i objął go. – Chcesz się odświeżyć przed obiadem?
            Oliwier skinął głową. Po czym wymknął się z objęć zaskoczonego Gaspara i zamknął się w łazience. Gaspar zabrał się za rozpakowywanie ich walizek.
           
***

            Na obiad podano mniej francuskie specjały niż Oliwier się spodziewał, ale i tak ze smakiem pochłonął wyborną kaczkę oraz zupę cebulową. Rozmowa z rodzicami swojego chłopaka przebiegała bardzo dobrze. Wypytali się o jego pracę, zajęcia, studia i miłość do kawy, a on cierpliwie na wszystko odpowiadał i cieszył się, że nie widział w ich oczach dystansu. Nie oceniali go źle, a to już był duży sukces.
            – Co właściwie powiedziała Stéphanie wtedy w holu? – zapytał dyskretnie Gaspara, gdy guwernantka poszła po deser.
            – Powiedziała, że przynajmniej już nie masz tych okropnych dredów.
            Oliwier zachichotał.
            – Czy to znaczy, że nie trafiłem z prezentem dla niej? Wiesz, chcę jej dać zdjęcie w ramce z czasów, gdy miałem dredy.
            Teraz to Gaspar się zaśmiał.
            – Będzie zachwycona. Piękny prezent.
            – Oliwierze, Gaspar opowiadał nam, że poznaliście się przez koszykówkę – wtrąciła pani Arcenciel. – Tak się poznaliście?
            – Och, to był cudowny, jesienny dzień. Spóźniłem się na trening, zaspany, a Gaspar wyrzucił mnie za karę z sali – wyjaśnił, uśmiechając się czarująco.
            Gaspar sięgnął po kieliszek z czerwonym winem i zanurzył w nim usta.
            – Gasparze – powiedziała jego mama, kręcąc głową. – Musisz być taki nieelegancki?
            Oliwier oczywiście kochał Gaspara i prawdopodobnie by uderzył kogokolwiek, kto zarzuciłby Gasparowi brak elegancji, ale w tym wypadku nie mógł powstrzymać się od wielkiego, złośliwego uśmiechu posłanego do swojego chłopaka.
            – Właśnie, Gasparze – podchwycił. – Dlaczego musisz być taki nieelegancki?
            Gaspar posłał mu ostrzegawcze spojrzenie.
            – Zasłużył na to – wyjaśnił spokojnym tonem. – Spóźnił się na trening. Grali o mistrzostwo Europy. To poważna sprawa.
            – Mam nadzieję, że już tak nie robisz – poprosiła mama i sama sięgnęła po wino. – Och, Stephanie, dziękuję – dodała, gdy podano deser. Przepyszne ciasto, które Oliwier mógłby pochłonąć za jednym kęsem, ale wolał nie wychodzić na zwierzaka. Przynajmniej nie przy stole z rodzicami chłopaka.
            Po obiedzie, Gaspar zarządził spacer. Oliwier zabrał swój aparat i ruszyli w Paryż, gotów delektować się w pełni jego świątecznymi atrakcjami.
            Zaczęli oczywiście od Pól Marsowych i Wieży Eiffla, do której wciąż była tak długa kolejka jak za ostatnim razem i od razu zrezygnowali z pomysłu, by ją odwiedzić, choć Oliwier już żałował, że będzie mógł zrobić dobrych zdjęć.
            Gaspar podchwycił jego prośbę i pokierował go wprost na Montmartre, korzystając z komunikacji miejskiej. W trakcie, gdy byli w autobusie, Oliwier przeglądał zdjęcia i starał się wybrać najlepsze z nich.
            Montmarte było dla Gaspara jedną z ulubionych części Paryża. Uwielbiał parki i wzgórze, a także piękną bazylikę Sacré-Cœur znajdujący się na wzniesieniu. Latem było tu zdecydowanie przyjemniej, ale widok na miasto zawsze pozostawał zachwycający.
            Nim jednak dotarli na górę, Gaspar poprowadził Oliwiera do miejsca, gdzie podejrzewał, że będzie chciał porobić mnóstwo zdjęć. Oto przed nimi, w jednym z parków, pojawiła się Ściana Miłości.
            – Le mur des je t’aime – przedstawił Gaspar, wskazując na ciemną ścianę, na której znajdował się mural, a na nim setki napisów, a wszystkie znaczyły „kocham cię”.
            – Bez jaj! – wykrzyknął Oliwier i właśnie takiej romantycznej reakcji spodziewał się po nim Gaspar. – Jest i po fińsku?
            Po czym podszedł do ściany i zaczął ją przeszukiwać.
            – Jest! – wykrzyknął. – Patrz. Rakastan sinua.
            Gaspar zmarszczył czoło.
            – Ja ciebie też je t’aime.
            – Tak, tak, twój język jest bardziej ponętny – prychnął Oliwier i zabrał się za robienie zdjęć.
            Kolejna część ich podróży zabrała ich na szczyt wzniesienia Montmarte i Gaspar mógł po raz kolejny podziwiać uśmiech Oliwiera, gdy uwieczniał obrazy na kolejnych zdjęciach. Panorama Paryża, piękna bazylika… Gaspar nawet dał się nakłonić na tak zwane „selfie”, których fanem nie był, ale ostatecznie przytulił się do swojego chłopaka i zrobili sobie zdjęcie z Paryżem we tle.
            – Boże, jak tu pięknie – zachwycał się Oliwier, podziwiając widok. – Dlaczego nie zabrałeś mnie wcześniej do Paryża?
            – Spokojnie, księżniczko – poprosił rozbawiony Gaspar. – Chciałem, aby to była wyjątkowa podróż.
            – No, niech ci będzie – odparł, szczerząc zęby.
            Godzinę później znaleźli się w okolicach Notre-Dame i tym razem panował już wieczór, przez co świąteczne iluminacje stały się dwa razy bardziej zachwycające. Przeszli pod katedrę, przed którą stała największa i główna choinka w Paryżu. Migotała na złoto oświetlając całą okolicę, a nieopodal niej ustawił się chór, śpiewający kolędy, nie tylko po francusku.
            – J’adore cette chanson – zamruczał Gaspar, gdy podeszli do jednego ze straganów, wciąż słysząc chór, który teraz wykonywał Carol of the Bells. – J’adore Paris.
            – Tak, ja też – przyznał Oliwier. Następnie spojrzał w telefon, odczytał coś pod nosem i zwrócił się do kobiety w straganie, która serwowała gorące napoje. – J’aimerais deux chocolats chauds – wydukał, jąkając się i ucinając słówka po kilka razy. Kobieta roześmiała się serdecznie i mrugnęła do niego.
            – Internetowy translator nie jest najlepszym rozwiązaniem – powiedział Gaspar.
            – Najważniejsze, że zadziałało – prychnął w odpowiedzi Oliwier, gdy odbierał dwie gorące czekolady. – Poza tym też chcę trochę pofrancuzić.
            – Mogę za ciebie.
            – Dobrze wiesz jak na mnie działa francuski, gdy go mówisz – przypomniał Oliwier, podając Gasparowi kubek z ciepłym płynem. – Możesz mi czytać instrukcję obsługi pralki, a i tak zgubię dla ciebie gacie.
            – Mon chat… – zamruczał, przygryzając wargi.
            – Nie zaczynaj! – poprosił, unosząc dłoń. – Nie chcę robić nic sprośnego przed katedrą. Mam jeszcze odrobinę przyzwoitości.
            – Może powinienem cię zabrać do Moulin Rouge? – zasugerował Gaspar, uśmiechając się znad kubka z czekoladą.
            – Tylko jeżeli obiecasz, że nie skończę jak Satine.
            – Zależy, co masz na myśli – oznajmił.
            – Jeżeli wyobrażasz sobie mnie teraz w diamentowej kiecce, to jesteś trupem. Lub jak to lubią mówić Francuzi, le fluflu le morte je tobie.
            – Nikt nie mówi – stwierdził Gaspar. – I, auć.
            – Ciii, skarbie. Majaczysz.
            Ne bois plus, s'il te plait.
            Gaspar pokręcił ponownie głową, a następnie złapał Oliwiera za rękę. Nie byli nigdy parą, która okazuje swoje uczucie publicznie, ale biorąc pod uwagę, że znajdowali się w Paryżu i to w okresie świątecznym, sam Oliwier chciał ulec temu czarowi. Poza tym, tutaj nikogo to nie dziwiło, więc mogli iść przez ulicę, nie martwiąc się, że ktoś będzie wobec nich niemiły. Gaspar chciał wykorzystać tę sytuację.
            Tak więc szli, ze splecionymi dłońmi i z kubkami gorącej czekolady, robiąc sobie zdjęcia, podziwiając kolorowe wystawy lub po prostu podziwiając miasto, gdy zbliżali się do Sekwany. Miasto zdawało się żyć bez żadnego ustanku, a magia zbliżających się świąt wypełniała jego każdy kawałek.
            – O. – Oliwier wskazał na salon tatuażu. – Taki bym sobie zrobił. – Wskazał na projekt obrazka, przedstawiający trupią czaszkę.
            – Encore un tatouage? – jęknął Gaspar. – Dlaczego chcesz szpecić swoje piękne ciało?
            – To zabrzmiało gejowsko.
            – Oliwier, naprawdę… Masz już dwa tatuaże.
            – I chcę trzeci.
            – I, przepraszam, gdzie masz zamiar wytatuować sobie taką czaszkę?
            – Gdybym ci powiedział to miejsce, zepsułoby świąteczny klimat – stwierdził Oliwier. – Ale taka czacha tuż nad…
            – Gaspar?
            We dwójkę odwrócili się na pięcie, bo ktoś do nich właśnie szedł.
            – Gaspar! Tu fais quoi ici?
            Oliwier musiał szybko sobie odświeżyć pamięć, bo kimkolwiek był ten chłopak, sprawił, że Gaspar zamarł.
            – Oh, Blaise. Je suis ravie de te revoir – odparł ponurym tonem, a wtedy Oliwier przypomniał sobie, że Blaise był gasparowym odpowiednikiem jego toksycznego Ale. Napiął się i spochmurniał, obserwując jak przystojny Francuz, rodem z magazynu o modzie, zbliżał się do nich. Ciemne, zaczesane do tyłu włosy idealnie pasowały do jego pięknej twarzy o kościach policzkowych, mogących ciąć bruk. – Tu te rappeles d’Oliwier? – zapytał Gaspar, łapiąc ponownie Oliwiera za dłoń. Ścisnął ją mocno.
            Wzrok Blaisego spoczął na chwilę na ich dłoniach i ściągnął usta.
            – Jasne, że go pamiętam – odpowiedział Blaise na pytanie Oliwiera, przechodząc na angielski. – Nasz mecz był… ciekawy.
            To zdecydowanie było łagodne określenie starcia, które miało miejsce w trakcie ich spotkania na EuroBask. Oliwier i Blaise, grający na tych samych pozycjach, wzbili się na wyżyny rywalizacji.
            – Z pewnością – odparł Oliwier.
            Na chwilę walczyli na spojrzenia.
            – Cieszę się, że u ciebie wszystko w porządku – mówił Gaspar. – Ale z Oliwierem mamy rezerwację w restauracji. Kolacja, sam rozumiesz.
            – Ach. Jasne. Pewnie. – Blaise ponownie spojrzał na ich dłonie i w jego oczach pojawił się smutek. – To… trzymaj się, Gaspar.
            – Na razie, Blaise. Chodź, kocie – zwrócił się do Oliwiera. Ten jedynie skinął głową na pożegnanie i pozwolił się poprowadzić swojemu chłopakowi.
            – Kolacja? – zapytał Oliwier, gdy odeszli już na tyle daleko od Blaisego, że mogli już normalnie porozmawiać.
            – Tak, to miała być niespodzianka – westchnął. – Ale zapraszam cię na kolację.
            Oliwier pokiwał głową. Po kilku minutach marszu w ciszy, Gaspar westchnął ponownie.
            – Nie bądź zazdrosny – poprosił.
            – Nie jestem – odparł natychmiast. – Pamiętam, co zrobił ci ten dupek. Wykorzystał cię. Wkurzył mnie.
            – Nic nie zrobił. Nie dzisiaj, przynajmniej.
            – Wciąż go nie lubię – warknął Oliwier.
            – Ja też nie. – Po czym spojrzał na niego. – Je t’aime mon chaton – wyznał, przykładając usta do ucha Oliwiera. – Wiesz to przecież.
            – Wiem. – Po czym Oliwier westchnął i pokiwał głową. – Dobra, jestem trochę zazdrosny. To głupie, wiem. Ale wiem, że go tak bardzo kochałeś i nie widziałeś świata poza nim i… Chyba po prostu czuję, że mógłby być zagrożeniem. Nie wiem…
            Gaspar zatrzymał go pod lampkami świątecznymi, które teraz wisiały nad nimi, między sklepami jednej z ulic. Ujął jego zimne policzki w dłonie, zakryte za rękawiczkami. Spojrzał w jego szare oczy.
            – Je veux passer Noël avec toi, mon chaton – powiedział cicho. – Chcę spędzić święta z tobą, mój kocie. I tylko z tobą.
            Oliwier uśmiechnął się zadziornie.
            – Okej.
            – Okej?
            – Okej.
            Pocałowali się na środku chodnika, czując jak obaj się uśmiechają pod nosem i w trakcie pocałunku.
            – A kolację naprawdę miałem w planie – dodał Gaspar.
           
***

            Po przepysznej kolacji, podczas której Oliwier mógł w bardzo turystyczny sposób zjeść żabie udka i ślimaki (Gaspar, o dziwo, nie chciał, ale wybrał spory talerz różnych serów), wrócili do domu Arcencielów, by spędzić tam późny wieczór przy kominku z rodzicami i Stephanie. Choinka w salonie była równie surowa, co wystrój w domu, bardzo minimalistyczna i chłodna. Oliwierowi to nie przeszkadzało i, gdy nikt nie patrzył, zrobił jej zdjęcie.
            Napili się jeszcze whisky z tatą Gaspara, prawie wchodząc na tematy polityczne nękające Francję i świat. Oliwier sprytnie z tego wybrnął, żartując coś o reniferach.
            Przed północą, Oliwier i Gaspar zamknęli się w swojej sypialni. Wzięli kolejno prysznic, przebrali się w piżamy i położyli się do łóżka. Przez moment wydawało się, że mieli zasnąć, ale wtedy dłoń Gaspara wsunęła się pod materiał bokserek Oliwiera, a ten drgnął.
            – Co? – zdziwił się Gaspar. – Nie chcesz?
            – Nie. Znaczy… chcę, ale… Tu są twoi rodzice.
            Gaspar zmarszczył czoło.
            – W moim łóżku, pokoju, czy po prostu są tutaj z nami duchowo…?
            Oliwier cmoknął niecierpliwie.
            – Wiesz, o co mi chodzi. Są… tutaj.
            Na twarzy Gaspara powoli pojawiał się uśmiech. Nie czekając na zgodę Oliwiera, przeskoczył nad nim i usiadł na jego udach, jednocześnie przytrzymując jego dłonie nad głową.
            – A od kiedy jesteś taki grzeczny? – zapytał zaintrygowany.
            – Nie mogę, uch – urwał, bo Gaspar poruszał biodrami, powodując przyjemne tarcie ich męskości. – Gaspar, jeżeli twoi rodzice usłyszą albo…
            – Możesz mnie zakneblować.
            Oliwier zamknął oczy i wziął głęboki wdech.
            – Nie kuś – poprosił.
            – Choć nie lubię, gdy jesteś cicho – mruczał dalej Gaspar. – Wolę, gdy jesteś głośny.
            – Wiem – jęknął, próbując się powstrzymać.
            – I dużo jęczysz.
            – Przecież wiem – warknął. – Już uprawiałem z tobą seks.
            – I jak mówisz… różne rzeczy…
            – Gaspar, potrzebujesz Jezusa w swoim sprośnym sercu – oznajmił Oliwier. – I kąpieli w wodzie święconej. – Gaspar przygryzł jego ucho. – I w ogóle… spowiedź, te sprawy… – jęknął, gdy Gaspar przygryzł jeden z jego sutków. – Kurwa… Dobra. Sam tego chciałeś.
            Zrzucił z siebie Gaspar, który zaśmiał się triumfalnie. Szybkim ruchem Oliwier ściągnął z niego bieliznę. Ich usta splotły się w pocałunkach, a dłonie krążyły po tak dobrze znanych ciałach, ale znów chciały na nowo się poznać. Więcej, więcej. Na pewno są jakieś detale, które przeoczyli.
            – Mon chat – mruczał Gaspar, rozpalając wyobraźnię i pragnienie Oliwiera. Mówił po francusku, Oliwier nie wiedział co, ale mogło być to cokolwiek. Uwielbiał francuski, kochał, gdy Gaspar mu szeptał go do ucha, gdy uprawiali seks. Tak było i tym razem, gdy nogi Gaspara wylądowały na ramionach Oliwiera. Miał stąd idealny widok na rozczochrane, czarne włosy kochane, rozrzucone po białej poduszce. Przejechał językiem po łydce Gaspara.
            Bardzo dobrze, że był taki gibki, bo Oliwier z wielką radością go rozciągał w różne strony jakie pragnął. Przyspieszył ruchy bioder, by sprawić, aby Gaspar zajęczał.
            – Proszę. Mocniej.
            – Chcesz? – zapytał Oliwier, przygryzając jego wargi. – Chcesz?
            – Chcę. Bardzo. Mocniej… Ach!
            – Uch, Gaspar…
            – Oliwier… mmm…
            Nagle usłyszeli otwierające się drzwi. Obaj zamarli, a Oliwier w połowie ruchu, z otwartymi ustami, z których właśnie wyrzucić wydech.
            – Gaspar? – Głos Stephanie dało się słyszeć po całym pokoju. – Potrzebujecie wody na noc…?
            – Stephanie! Sort! – pisnął zestresowany Gaspar. Oliwier uśmiechnął się szeroko, bo przecież byli ukryci za kotarą, kryjącą łóżko we wnęce. Pokazał górny rząd zębów z zadowolenia i poruszył się, a Gaspar zdusił jęknięcie.
            – Sam chciałeś – szepnął Oliwier, poruszając się ponownie.
            – Chciałam tylko…
            – Stephanie! – jęknął Gaspar i chyba zdała sobie sprawę, co się dzieje za kotarą. Opuściła pokój szybko jak błyskawica i zamknęła za sobą drzwi. – Jezu, Oliwier, ty draniu! Ty dupku!
            – Mm… To mnie kręci – przyznał.
            Gaspar przygryzł swoją dłoń. Oliwier nie przestawał.

***

            Oliwier nie przywykł do rozpakowywania prezentów. Przyzwyczajał się do tego stopniowo, odkąd był z Gasparem, który dbał o to, aby dostawał prezenty na każdą możliwą okazję i prawdę mówiąc bardzo mu się to podobało. Czuł, że ktoś o nim zawsze pamięta i wciąż dba, a także pilnuje, by był zadowolony.
            Pamiętał jak dostał od Gaspara pierwszy prezent. Bez okazji. Po prostu. Bo Gaspar chciał zobaczyć jego uśmiech, chciał, aby poczuł się dobrze. I choć na początku był skrępowany, to jednak odpowiedział tym samym. Kilka dni później, również sprawił prezent Gasparowi i to czuł się wspaniale, widząc ten niespodziewany uśmiech.
            – Un cadeau? Pour moi? – pytał zaskoczony. – Dla mnie?
            – Tak, dla ciebie, durniu – odparł speszony Oliwier.
            – Dziękuję. – Pocałował go.
            W dniu Bożego Narodzenia Oliwiera powitało ciepło ciała Gaspara i jego cichy szept:
            Lève-toi, mon chaton – mruczał. – Wesołych Świąt.
            Oliwier przeciągnął się i również zamruczał. Jak kot.
            – Wesołych Świąt – powitał go. Pocałowali się na powitanie.
            – Gotowy na rozpakowywanie prezentów?
            – Zawsze – odparł Oliwier.
            Wzięli wspólny prysznic, myjąc sobie nawzajem włosy. Następnie ubrali się w świąteczne swetry i zeszli na dół do salonu, gdzie przy rozpalonym kominku już siedzieli państwo Arcenciel, delektując się poranną kawą. Jej zapach sprawił, że Oliwier od razu się rozbudził. Ku jego zdziwieniu, Stephanie podała mu kubek z kawą.
            – M… merci – wyrzucił z siebie.
            – To za brak tych dredów – powiedziała.
            Pod choinką znajdowało się kilka prezentów, które Gaspar rozdał (założył nawet czapkę Mikołaja, a Oliwier naturalnie zrobił mu zdjęcie). Stephanie dostała najwięcej prezentów i wzruszyła się delikatnie, po czym szybko uciekła do kuchni, twierdząc, że musi przygotować śniadanie dla „panicza Gaspara”. Sam panicz nie wyglądał na głodnego, gdy rozpakowywał swoje prezenty.
            Niemniej miło było widzieć Stephanie, która była szczęśliwa. Gaspar kiedyś mówił, że guwernantka jest o wiele bliższą osobą dla niego, niż rodzeństwo jego rodziców. Stephanie zastępowała ciocię i opiekunkę, a Gaspar naprawdę ją kochał. Pewnie dlatego zafundował jej dwutygodniowe wakacje we Włoszech, które tak kochała.
            Oliwier rozpakował swój prezent od Gaspara. Był zaskakująco mały, ale okazało się to zaproszenie do Teatru Wielkiego w Warszawie na balet, gdy tylko wrócą, a także dowód zakupu nowego, wspaniałego, błyszczącego ekspresu do kawy, który już czekał na niego do odbioru w Warszawie.
            – Uznałem, że będzie ciężko go tu przewieźć – wyjaśnił Gaspar, obserwując Oliwiera. – Podoba się?
            – Gaspar. – Ujął jego twarz i pocałował. – Je t’aime.
            Gaspar uśmiechnął się.
            – Ja ciebie też, ziomuś.
            Oliwier parsknął śmiechem.
            Już kochał te Święta.

TRZY LATA PÓŹNIEJ

            Po kolejnych trzech latach, Oliwier i Gaspar znów zawitali do Paryża. Tym razem Oliwier czuł się bardzo dobrze w domu Arcencielów, głównie dlatego, że od jego ostatniej wizyty, zdarzało mu się dzwonić do nich z okazji urodzin lub Świąt, a przy tym wymieniali się informacjami i aktualizacjami z życia. Nawet rozmowy ze Stephanie były przyjemne, mimo że często ganiła go za jego żarty.
            Paryż, zimą 2018 roku był wyjątkową datą dla Oliwiera, bo po raz kolejny mógł spędzić tam Święta z ukochaną osobą, z rodziną, która ich akceptowała. Co więcej, tym razem spadło dużo śniegu, który dodatkowo malował magią wszystkie ulice miasta.
            Było po prostu pięknie i śnieżnie, tak jak Oliwier chciał i marzył.
            W Wigilię Bożego Narodzenia, razem z Gasparem wybrali się ponownie na kolejny spacer. Oliwier upierał się, aby udać się pod wieżę Eiffla, ale Gaspar zaproponował, by najpierw poszli posłuchać chóru przed Notre-Dame. To nieco psuło plany Oliwiera, ale udali się tam, mimo że zajęło im to dużo czasu. Jednak spacer nad Sekwaną był całkiem romantyczny.
            Koło Notre-Dame Oliwier kupił sobie grzańca i wypił prawie całego na raz.
            – Wszystko w porządku? – zapytał Gaspar. – Zmarzłeś? Ty?
            – Trochę mną dygocze. Może łapie mnie jakieś choróbsko, czy coś…
            – Och. Biedaku. Może już wrócimy do domu? Usiądziesz przy kominku…
            – I będę tam bez zdjęcia wieży Eiffla? Bez jaj, najpierw tam.
            A więc Gaspar nie miał nawet jak wyperswadować ten pomysł Oliwierowi z głowy, więc zaproponował chociaż podróż metrem, aby było szybciej. Oliwier na to przystał.
            Wieża Eiffla oczywiście lśniła nad miastem, a serce Oliwiera biło głupio, jakby chciało mu się wyrwać z piersi. Czuł to za każdym razem, gdy patrzył na Gaspara. W płaszczu, z dłuższymi, czarnymi włosami, które powiewały na chłodnym wietrze. Kilka płatków śniegu wplątało się w nie i tam zostało.
            – Wygląda pięknie – ocenił Gaspar. – Dziękuję, że znów tu ze mną przyleciałeś.
            – Tak. Spoko. Luzik.
            – Na pewno dobrze się czujesz? – zapytał.
            – Tak. A co?
            – Bo chciałeś robić zdjęcia i… – Wskazał na aparat, a potem na wieżę Eiffla. – Tak jakby masz pole do popisu.
            – Ach. Racja.
            Oliwier odchrząknął, a potem wziął głęboki wdech. Zatrzymał się pod wieżą i spojrzał w górę. Płatki śniegu leciały z nieba, odbijając światło iluminacji. Oliwier pokiwał głową.
            Teraz albo nigdy.
            Serce mu się ścisnęło, jakby właśnie ktoś je złapał w garść.
            Gdy Gaspar na niego spojrzał, w tym momencie Oliwier klękał na jedno kolano z przerażeniem w oczach. Gaspar wpatrywał się w niego z lekko uchylonymi ustami. Wokół słychać było miasto, skrzypienie śniegu, migotanie światełek. Kolędy wypełniały tło.
            – Gaspar – zaczął Oliwier, drżącym głosem. Sięgnął do kieszeni w wewnętrznej stronie kurtki i wyjął z niej małe, ciemne pudełeczko. – Gaspar – powtórzył.
            – Oliwier – odpowiedział tamten, szczerze zaskoczony. Nie potrafił teraz nawet mrugnąć.
            – Tu… Tu veux me… marier? – zapytał Oliwier. Jego ciało drżało i doskonale wiedział, że nie z zimna. Kochał zimę. Wielbił ją. Denerwował się. Stresował. Widział przed sobą Gaspara i obserwował go, widział jego zaskoczenie, a czas zdawał się zatrzymać. Dopiero po chwili przypomniał sobie, że powinien otworzyć pudełeczko, w którym znajdował się złoty pierścionek zaręczynowy.
            Boże, ta chwila oczekiwania na odpowiedź trwała zbyt długo. Przez ułamek sekundy bał się, że odpowiedzią będzie „nie, Oliwier”.
            A potem Gaspar uśmiechnął się i rozjaśnił tym cały Paryż. Upadł na kolana, nie odrywając wzroku od Oliwiera. W jego oczach pojawiły się łzy.
            – Oui. Oui, Oliwier – odpowiedział drżącym głosem. – Mon Dieu, oui!
            Oddychając ciężko, ale i czując jak serce rozrywa mu szczęście i radość, pomógł Gasparowi zdjąć skórzaną rękawiczkę i założyć pierścionek na odpowiedni palec. Błysnął w świetle wieży, a Gaspar przez moment się w niego wpatrywał. A potem jego wzrok, pełen miłości, przeniósł się na Oliwiera i pocałowali się, a ich serca brzmiały donośniej niż dzwony katedry Notre-Dame.
            – Kocham cię – powiedział Oliwier. – Tak bardzo cię kocham.
            – Kocham cię – odpowiedział Gaspar i schował twarz w kurtce Oliwiera. – Poczekaj, muszę się wypłakać.
            – Spokojnie. Mamy czas – odpowiedział, czując jak stres znika, a wypełnia go jedynie zaskakująca lekkość.
            Tulili się do siebie mocno, kilka osób przyklasnęło im, niektórzy się śmiali, ale Oliwier miał to gdzieś. Miłość jego życia, osoba, która wypełniła kolorami jego szarą, ponurą egzystencję, chciała z nim być aż do samego końca.
                – W domu mam pierścionek dla ciebie – powiedział cicho Gaspar, śmiejąc się. – Chciałem to zrobić na Nowy Rok, skoro i tak będziemy w Paryżu…
            – Będę udawał zaskoczonego – obiecał Oliwier, a Gaspar znów się zaśmiał.
            – Oliwier. Chcę mi się krzyczeć.
            – Coś cię boli?!
            – Ze szczęścia.
            Stanęli na równych nogach i popatrzyli sobie ponownie w swoje wilgotne oczy. Płatek śniegu zatrzymał się na długich rzęsach Oliwiera.
            – Chcę mieć zdjęcie – poprosił Gaspar. – Tutaj. Z tobą. Z tego dnia. Z tej chwili.
            – Nie ma problemu.
            To zdjęcie zawisło na ścianie w mieszkaniu Oliwiera i Gaspara. I przypominało o tej magicznej zimie. O nich. O tamtym dniu. O tamtej chwili.