Opowiadanie inspirowane jest anime Kuroko no Basuke!

piątek, 22 stycznia 2016

Życie Oliwiera i Gaspara - fragmenty


            Kilka dodatkowych fragmentów o Oliwierze i Gasparze. Niektóre z nich pojawiły się wcześniej na Facebooku. Zebrałem wszystkie w jedno miejsce. Miłej lektury :)

 

 

            Chłopak-kot

            Chłopakiem Oliwiera Madgreya zwałem się już od prawie dwóch lat (z jedną przerwą na miesiąc), a więc mogłem powiedzieć, że go znam.

             I znam nie byle jak. Znałem jego rytuały, przyzwyczajenia i nawet dziwne preferencje. Wiedziałem po której łóżka woli spać, wiedziałem kiedy ma zły humor i lepiej było nie wypytywać o szczegóły, bo to tylko go bardziej drażniło. Wiedziałem jaką kawę kocha, wiedziałem dlaczego nie lubi swojego drugiego imienia. Wiedziałem, że czasem zamyślony gryzł telefon komórkowy, wiedziałem, że nie można mu pozwolić na popołudniową drzemkę, bo później przez cały dzień był niewyspany i burkliwy.

            Wiedziałem, że kocha grać w koszykówkę i wiedziałem, że słucha fińskiego popu, gdy uważał, że nikt nie słyszy. Wiedziałem też, że miał koszulkę-śmierdziuszkę, której dumnie nie prał od roku i wiedziałem, że był gotów dla mnie, Malwiny lub Marcela zerwać się o trzeciej w nocy i jechać do nas, gdy tylko o to poprosiliśmy.

            Koniec końców poznawałem go coraz lepiej i pokazywał mi twarz, której inni nie mieli przyjemności poznać tak wyraźnie jak ja. Jednak dopiero od chwili, gdy wymieniliśmy się kluczami i Oliwier zaczął spędzać więcej czasu w moim mieszkaniu, zrozumiałem co Malwina miała na myśli mówiąc „jeden kot nam wystarczy”.

            Na początku myślałem, że to żart sytuacyjny między Oliwierem i Malwiną, którzy mieli kota Sampo. Jednak po wnikliwej obserwacji mojego chłopaka mogłem stwierdzić tylko jedno.

            Oliwier Madgrey był kotem.

            Słyszałem kiedyś od kogoś, że ktoś z jego dalszych znajomych miał chłopaka-psa, co wydawało mi się równie absurdalne i niedorzeczne jak pingwin na Saharze. Chłopak-pies? Chodził w obroży i trzeba go było wyprowadzać na spacer? Kręciłem głową nad głupotą ludzką, aż okazało się, że mój własny chłopak przejawiał… kocie cechy.

            Często było, że przemykał szybko z pokoju do pokoju i gdy zapytałem „co robisz?” odpowiadał „nudzę się”. Po czym chował się powoli za framugą i następowała cisza.

            Kolejną sprawą było jego bezszelestne poruszanie się. Nie zliczę ile razy podskakiwałem przestraszony, gdy Oliwier okazywał się stać koło mnie lub za mną. Patrzył wtedy na mnie dziwnie.

            Coś co na początku uznałem za jego czystą złośliwość, zaobserwowałem pewnego razu u Sampo, gdy siedzieliśmy razem z Malwiną.

            Podobnie do kota, Oliwier potrafił się położyć mi na kolanach, mimo że właśnie czytałem lub sprawdzałem coś na komputerze. Patrzył wtedy na mnie uparcie swoimi szarymi oczami, a gdy go z zasady ignorowałem, zaczynał uderzać dłonią o książkę lub laptopa domagając się uwagi.

            – Oliwier! – syczałem na niego.

            – C’tam? – pytał wtedy. Nawet nie mówił „o”. Spłycał wszystko do przyjemnie świszczącego „C”.

            Raz, gdy planowaliśmy nasz wyjazd do Włoch i próbowałem określić mniej więcej jak powinna wyglądać trasa naszej wycieczki, Oliwier zmęczony debatowaniem, położył się na mapie i nie chciał stamtąd zejść. Ciężko było odczytać cokolwiek z mapy Włoch, gdy widziało się jedynie czubek „buta”, Sycylię i kawałek Wenecji.

            Najgorzej było jednak, gdy przychodzili do mnie znajomi, co Oliwier witał zawsze z szokiem.

            – Ty masz znajomych innych niż my?! – pytał przerażony i zaniepokojony.

            – Tak, Oliwier. Mam jeszcze innych znajomych niż drużyna koszykarska. Znajomi z pracy i inni, których poznałem, będąc w Warszawie…

            Patrzył na mnie chwilę, mrużąc oczy i mówił:

            – Łżesz.

            Aby wyprowadzić go z błędu, pewnego wieczora zaprosiłem do siebie kilkoro znajomych, z którymi pracowałem, a którzy wiedzieli, że mogą spodziewać się w domu mojego chłopaka.

            Oliwier wtedy był czujny, często prychał i mierzył wszystkich wzrokiem zza zmrużonych powiek. Równie dobrze mógłby podchodzić do wszystkich z wystawionym, środkowym palcem.

            No i był jeszcze incydent w kuchni, gdy siedziałem przy stole i jadłem, a Oliwier usiadł na stole, spocony i zmęczony po treningu.

            – Tak, jasne – powiedziałem. – Siedź śmierdzący przy moim obiedzie.

            – Przecież siedzę – odpowiedział, wzruszając ramionami.

            Dodatkowo te wszystkie przerażające momenty, w których zamyślony Oliwier wpatrywał się w jeden z kątów pokoju i wyglądał tak jakby kogoś tam widział. To wszystko aż krzyczało „kot”.

            Na początku zwracałem się do niego żartobliwie per „kocie”, ale z czasem stwierdziłem, że coś w tym jest. Oliwier Madgrey często siadał tam gdzie nie powinien, chodził tam gdzie nie powinien i zachowywał się tak jak nie powinien.

            Ostatecznym dowodem, który przekonał mnie do tego, że Oliwier Madgrey zachowuje się jak kot, był jego złośliwy uśmiech i iskrzące się od psot oczy, gdy z wolna przesuwał moją szklankę z wodą, ku krawędzi stołu.

            – Oliwier, przestań.

            Wycofał na chwilę rękę, aby po sekundzie znów wrócić do swojego niecnego planu, testując moją cierpliwość.

            – Prosiłem cię, abyś przestał – ostrzegłem. Zawahał się na sekundę. Szklanka była już niebezpiecznie blisko krawędzi.

            – Nic nie robię – odpowiedział spokojnie. Bezczelnie patrzył mi w oczy i przesuwał szklankę.

            – Oliwierze Madgrey, jesteś kotem! – wybuchnąłem nagle i dopiero to go powstrzymało przed stłuczeniem szklanki (byłby do tego zdolny).

            – Co? – zdziwił się. Wyraz twarzy, który miał przed sekundą zniknął. Pojawiło się zaskoczenie. Kompletnie zapomniał o szklance. – Co ty bredzisz?

            – Nie zauważyłeś? – zapytałem. – Robisz co chcesz, nienawidzisz wszystkiego co jest dookoła, jesteś złośliwy i nigdy nie widzisz winy po swojej stronie. Nie wspomnę, że sikasz przy otwartych drzwiach i mam na ciebie widok z kuchni.

            Oliwier nie wiedział co odpowiedzieć. Wyglądał na rozbawionego i zmieszanego.

            – Nie jestem kotem – upierał się.

            – Nawet Malwina to wie! – Wystrzeliłem rękami w górę. – Zasypiasz w dziwnych miejscach, tarzasz się w moim świeżym praniu i gdy zamykam za tobą balkon, bo idziesz zapalić, po minucie stukasz o szybę, a gdy otwieram, nie robisz nic, tylko na mnie patrzysz. I nie wchodzisz do środka! – dodałem. – I pewnie gdybym cię zamordował, nic by to nie dało, bo miałbyś jeszcze osiem żyć.

            – Myślę, że przesadzasz – odpowiedział powoli. – Gdybym był kotem, rzygałby własną sierścią.

            – Wymiotujesz, bo jesz za dużo – powiedziałem, mrużąc oczy. – Obżerasz się jak głupi, a potem leżysz i skamlesz.

            – Nie moja wina, że dobrze gotujesz – odpowiedział z zarzutem. – Gotuj mniej.

            – Tak, a potem oberwę po twarzy nienawistnym spojrzeniem „gdzie moje żarcie, ścierwo”.

            – Nie patrzę na ciebie nienawistnym spojrzeniem – zaprzeczył. – To moja adoracja.

            Nabrałem powietrza i pokręciłem głową.

            – Możesz być sobie kotem, nie wiem. Może to twój fetysz jak buty i stopy, ale masz nie rozwalać tej szklanki

            – Nie jestem… kotem – zakończył niepewnie, ale chyba analizował moje słowa. – Hy! Filip nazywa mnie „Copycat”! Ty mówisz do mnie per „kocie”, a Malwina często porównuje mnie do Sampo. A Marcel zażartował ostatnio, że da mi kocimiętki, czego na początku nie zrozumiałem, ale… – Wskazał na mnie oskarżycielsko palcem. – Macie mnie za kota!

            – Ba! – Uniosłem brwi. – Dziwisz się? Nawet bawisz się piłką do kosza jak kot.

            Oliwier myślał nad tym wszystkim intensywnie, aż w końcu wstał od stołu i poszedł do sypialni. Zawahałem się. Możliwe, że byłem dla niego za surowy. Zamknął za sobą drzwi, a ja wiedziałem, że to znak, że nie chce teraz gadać.

            Zrobiło mi się głupio. Teraz jak o tym pomyślałem, mogłem go zranić. Koniec końców koty miały raczej nieprzychylną opinię ludzi jako stworzenia aroganckie i egoistyczne, a sam Oliwier z tym walczył.

            Dałem ciała. Nie jako chłopak-pies, chłopak-kot tylko jako chłopak-chłopak.

            Już wstawałem od stołu, gdy drzwi otworzyły się gwałtownie i do salonu wrócił Oliwier. Wyraz twarzy miał zacięty.

            – Dobra, może i jestem kotem – powiedział, wskazując na mnie palcem. – Koty są zajebiste! Zawsze wolałem koty. Wbrew temu co ludzie o nich mówią są wierne, dobre i mają w chuj gracji! Pomijam fakt, że są wyzwolone, pewne siebie i niezależne. Widzicie we mnie kota, nie ma sprawy. Ty byłbyś jakimś nudnym, eleganckim… skunksem.

            – Skunksem? – powtórzyłem zaskoczony. – Dlaczego skunksem?

            – Bo obżerasz się tym śmierdzącym serem jakby to była jedyna rzecz do jedzenia. I oliwa z czosnkiem? Są inne przyprawy, Gaspar.

            Zmrużyłem oczy.

            – Mam wrażenie, że mylisz mnie ze skunksem ze Zwariowanych Melodii…

            – O nie – Uśmiechnął się szeroko. – Nie pomyliłem się, skunksiku. Trzaska od ciebie serem na kilometr.

            – Przynajmniej to klasa, a nie roztopiony ser na toście – odpowiedziałem dumnie. – Sam wyjadasz mi sery, myślisz, że nie wiem? Masło też liżesz, jak rasowy kot?

            – O ty kutalizie – syknął. Spojrzał na niego z wyższością.

            Popatrzyliśmy po sobie przez jakiś czas i na naszych twarzach pojawił się uśmiech.

            – Dobra, wygrałeś – oznajmił, wzruszając ramionami. Nachylił się i spojrzał mi głęboko w oczy co było raczej niecodziennym zachowaniem. Zawsze gdy tak się zachowywał, traciłem na chwilę oddech. Oliwier przysuwał się powoli, a w jego oczach pojawiły się iskierki.

            I nagle rozległ się głośny trzask.

            – Stłukłeś… szklankę…?

            – To było niechcący! – zapewnił szybko.

            – Oliwier!

            – Naprawdę niechcący!

           

 

            Nieelegancki dzień

            Bywały takie dni, że nawet wiecznie elegancki Gaspar musiał zawieść wszystkich tych, którzy do ów elegancji wzdychali (a jak Oliwier zauważył, osób tych było coraz więcej). Ten dzień wypadał właśnie dziś.

            Gaspar nie miał ochoty się golić, czesać ani nawet umyć. Po prostu wyległ z łóżka koło południa i odział się w zbroję domową (tak Oliwier nazywał połączenie dresów z za dużą koszulką). Zignorował krzyk szafy, która błagała by założył jedną z jedwabnych koszul, a nie za duży t-shirt, domagający się jedynie spalenia lub podarcia na szmaty.

            Gaspar, nie mając pomysłu na nic wykwintnego do jedzenia, przygotował sobie jedynie płatki i z wielką miską wrócił do salonu, gdzie okrył się kocem i włączył telewizor. Zbyt rozkojarzony, aby zrozumieć to o czym do niego mówi prezenter wiadomości, sięgnął po telefon. Wybrał numer w najbardziej możliwy leniwy sposób („Siri, zadzwoń do Oliwiera”) i czekał.

            – Pronto – odebrał Oliwier. W głosie dało się słyszeć lekką zadyszkę.

            – Cześć, kot – powiedział, zaskoczony swoim sennym głosem. – Co robisz?

            – Kawę – odpowiedział. – Malwina cię pozdrawia – dodał po chwili. – I Marcel. I Sonia.

            – Dziękuję. – Uśmiechnął się delikatnie pod nosem. – Pracujesz?

            – Nie powiedziałbym – rzekł dyplomatycznie. – Dzisiaj się raczej opierdalam, bo jest święto narodowe.

            – Święto narodowe? – powtórzył Gaspar, zerkając na kalendarz. – Dzisiaj jest szósty grudnia…

            – Dzień Niepodległości Finlandii – warknął, a Gaspar wywrócił oczami. – Powinieneś się cieszyć z naszej wolności. Dzięki temu możemy eksportować śnieg, renifery, mrożonki i takie ciacha jak ja.

            – No tak. – Roześmiał się. – W takim razie może chcesz wpaść później do mnie świętować?

            – To brzmi jakbyśmy mieli robić coś niestosownego – zamruczał przyjemnie do słuchawki.

            – Bardzo. Najpierw mi coś ugotujesz, a potem to zjem i pójdę spać.

            – Mhm – prychnął podobnie do niezadowolonego kota. – Myślałem raczej o czymś innym, niemniej związanego z lodem…

            – Jesteś niemożliwy – ocenił Gaspar, kręcąc głową. – Mam dzisiaj kompletnie leniwy dzień. Nie wziąłem nawet porannego prysznica.

            Oliwier milczał przez chwilę. Chociażby nie wiem co się działo, Gaspar zawsze brał poranny prysznic. Inaczej czuł się niekomfortowo, a jego włosy wyglądały jakby przez całą noc mierzwił je wiatr. I to w każdą stronę.

            – Ale dobrze się czujesz…? – zapytał Oliwier.

            – Nie wiem… Czuję się bez sił. – Na dowód tych słów ziewnął potężnie. – Co za dzień… Dobrze, że mam wolne…

            – Skoro jesteś dzisiaj w trybie lenia to wpadnę do ciebie później.

            – Nie ma sprawy, kocie… – zamruczał Gaspar. Odstawił miskę z niedojedzonymi płatkami, przykrył się szczelniej kocem i walczył z opadającymi powiekami. – Przynieś coś do jedzenia…

            – Jesteś beznadziejny – zaświergotał Oliwier. – Dobra. Przyniosę coś. Nie ruszaj się.

            – Jasne.

            Pożegnali się i rozłączyli. Gaspar nie miał zamiaru się nigdzie ruszać. Gnił przez całe popołudnie pod kocem, przerzucając się z kanału na kanał. W końcu zatrzymał się na francuskiej telewizji, delektując się płynnym językiem francuskim prezentera, który mimo iż mówił o bezrobociu, brzmiało to naprawdę dobrze, melodyjnie i składnie.

            Gaspar zaczął się zastanawiać, którym językiem jest mu się łatwiej posługiwać. Nie miał problemów z polskim i francuskim, ale czuł, że po francusku popełnia mniej błędów, a jego zdania są lepiej zbudowane. No i nie było problemu z odmienianiem, przy czym czasem się łapał, mówiąc po polsku. Kilka razy zdarzyło mu się, że musiał się chwilę zastanowić nad słówkiem nim je sobie przypomniał.

            Chyba jednak francuski zostanie jego faworytem…

            Rozmyślania przerwał dźwięk przekręcanego klucza. Oliwier Madgrey wszedł do mieszkania, stanął między Gasparem i telewizorem, trzymając coś za plecami, wyraźnie dumny z siebie.

            – Zgadnij co mam.

            – Oby nie było zaraźliwe…

            – Jestem czysty. – Wzruszył lekko ramionami. – Nie. Twój chłopak przyniósł ci najbardziej leniwie danie dla najbardziej leniwego skunksika na świecie.

            – Nie wziąłem dzisiaj kąpieli, ale nie przesadzajmy z tym skunksem… – burknął Gaspar. Oliwier zachichotał, a następnie wyciągnął zza pleców dużą, przetłuszczoną na jednym końcu, brązową, papierową torbę z McDonalds’a.

            Pierś Gaspara uniosła się i opadła, gdy poczuł zapach fast fooda.

            – Nie wiedziałem, że mam na to tak wielką ochotę – wyznał i zawtórowało mu burczenie w brzuchu.

            – Wziąłem trzy powiększone zestawy, więc będziemy się jutro stąd wytaczać albo skończymy z cukrzycą. Tak czy siak, czeka nas przednia zabawa – zapewnił i wskoczył na kanapę obok Gaspara. – Z całym szacunkiem dla cukrzyków – zaznaczył.

            Specyficzny zapach burgerów i frytek omiótł nozdrza Gaspara, które raczej przywykły do nieco wykwintniejszych dań niż burger robiony w dwie minuty, ale dzisiejszego dnia nie narzekał.

            – Gabriel potrafi wpierdolić dziesięć takich – powiedział Oliwier, rzucając cheeseburgera. – Słowo. – dodał, gdy dostrzegł powątpiewający wzrok Gaspara. – Sam widziałem. Kiedyś byłem z nim, Natanem i Filipem na burgerach. Zjadł i był głodny.

            – Cóż, Gabriel potrafi dużo zjeść – przyznał. – Ale studiuje dietetykę. To mu nie przeszkadza?

            – Powiedział, że czasami lubi zaszaleć.

            – Ale dziesięć? Musi naprawdę sporo czasu spędzać na spalanie tego… – zauważył Gaspar.

            – Wiesz, treningi pod okiem kapitana Cyrusa dają w kość – przypomniał Oliwier, a Gaspar wyszczerzył zęby. Odkąd Cyrus na nowo wziął w swoje ręce Nowe Elementaris, nie było przebacz z treningami. Tym razem Cyrus szedł po pierwsze miejsce EuroBask 2016. – Poza tym Natan nie narzekał na życie seksualne, więc…

            – No cóż, to też metoda – przyznał Gaspar.

 

 

 

 

 

Kuchnia francuska

Jeżeli dobrze zrozumiałem to co miało się za chwilę stać, najprawdopodobniej śniadanie zostanie zaserwowane do łóżka. Nie wiedziałem czym sobie na to zasłużyłem, ale w nocy musiałem zrobić coś niezwykłego.

A więc oparty o wezgłowie łóżka Gaspara, z rękoma za głową, czekałem z niecierpliwością, ignorując skręcający się z głodu żołądek. Słyszałem również jak Gaspar krząta się po kuchni i szykuje dla mnie coś smacznego.

Tak mogłem żyć. Miałem wolny dzień, za oknem panowała rozsądnie umiarkowana pogoda i wszystko wskazywało na to, że zostanę nakarmiony. Człowieku, co za luksus. Prawdopodobnie tak się czuł  każdy kot.

Gaspar wrócił do sypialni i już za samo wejście zaliczył dwa punkty na plus. Po pierwsze za fakt, że na drewnianej tacy niósł pyszne śniadanko, a po drugie – miał na sobie tylko bokserki i luźny tank top. Kompozycję tworzyły cudownie rozczochrane włosy, które próbował przygładzić, ale one się zbuntowały.

– Bonjour. – Gaspar przywitał się. Jak zwykle towarzyszyła mu przy tym poranna chrypka.

– Ach, oui, oui. Je suis baguette – odpowiedziałem, uśmiechając się złośliwie.

Spojrzał na mnie z politowaniem i ustawił tacę na moich udach. Oblizałerm wargi.

Gaspar zaserwował mi świeże croissanty, które cudownie pachniały. W osobnych pojemniczkach nałożył marmoladę, dżemy i czekoladę. Jednak główną nagrodę zgarnął omlet z kozim serem, który aż się prosił o pożarcie. Uwieńczeniem tego był sok pomarańczowy i kawa.

Skurwiel zrobił mi kawę. No co za kochany dupek.

Merci. – Spojrzałem mu w oczy.

Bon appétit – odpowiedział, uśmiechając się.

Jest jakiś powód specjalnego traktowania ?

Chcę ci umilić dzień – odpowiedział spokojnie. – Przygotowuję jeszcze kanapaki na ciepło, a więc spokojnie się najemy.

Powiedziałbym coś seksownego po francusku, ale nie wiem co.

Spróbuj po fińsku.

Odchrząknąłem.

Oletidiootti ja vihaan sinua.

Mam wrażenie, że nie powiedziałeś niczego miłego.

Wyszczerzyłem zęby i zabrałem się za jedzenie omleta.

 

           

            Halloween

            Jak do tego doszło, że się na to zgodziłem?

            – Nie ruszaj się – syknęła Malwina. – Chcesz dobrze wyglądać?

            – Ja już dobrze wyglądam.

            Malwina nie zaprzeczyła, ale też nie przyznała racji. Za to wróciła do swojej pracy i miałem wrażenie, że sprawia jej to o wiele więcej radości niż mi. Nareszcie, po kilku minutach, odsunęła się ode mnie, oceniając swój efekt.

            – Idealnie – stwierdziła prawie wzruszona. – Jeszcze załóż cylinder i jesteś gotowy.

            Sięgnąłem po podejrzanie brudny, fioletowy cylinder z jedną łatą i nałożyłem na nastroszone włosy (również układała je Malwina).

            – Szalony Kapelusznik jak się patrzy! – przyznała zadowolona.

            Mlasnąłem głośno i wsadziłem dłonie do kieszeni podartej marynarki. Tak jest, stanęło na tym, że na imprezę Halloweenową przebierałem się za Szalonego Kapelusznika. Przejrzałem się w lustrze i musiałem przyznać, że Malwina zrobiła kawał dobrej roboty. Zwłaszcza z makijażem jaki miałem na ryju.

            Stanęła obok mnie i uśmiechnęła się szeroko. Szalony Kapelusznik w towarzystwie Alicji z Krainy Czarów. Bez słowa wyciągnąłem komórkę z kieszeni.

            – Selfie w lustrze? – zapytała Malwina.

            – Selfie w lustrze – odpowiedziałem.

            Po kilkuminutowej sesji, w trakcie której nasyciliśmy nasze ego i wystąpiliśmy w pozach, o które raczej Alicję i Kapelusznika by się nie podejrzewało, zabraliśmy nasze płaszcze i ruszyliśmy do metra Służew.

            Musiałem przyznać, że wyglądaliśmy ciekawie. To samo mówiły spojrzenia osób dookoła.

            – Wiesz za co mają się przebrać Gaspar i Bruno?

            – Nie. – Pokręciła głową. – To ma być niespodzianka. Dowiemy się dopiero w klubie.

            – Nie wierzę, że idę na imprezę halloweenową do gejowskie klubu – stwierdziłem.

            – Cudownie, prawda?! – pisnęła Malwina.

            – Jak na to zareagował Bruno?

            – Powiedział, że „klub to klub” – idealnie udawała poważny ton głosu swojego chłopaka. – Będzie ciasteczkiem do wyrwania.

            Klub znajdował się w centrum, a więc czekał nas jeszcze krótki spacer, w trakcie którego nagradzano nas spojrzeniami i cichymi szeptami zachwytu. To dodało mi pewności siebie, że strój nie może być tak zły.

            Po odprawie przy ochroniarzu, zeszliśmy po schodach i trafiliśmy do huczącej od muzyki sali. Przedzieraliśmy się przez tłum i doszedłem do wniosku, że mój kostium był najlepszy. A zdecydowanie lepszy od kolesia, który przebrał się za pluszowego penisa.

            Bruna odnaleźć było ciężko, głównie dlatego, że był niski i przysłaniała go grupa tańczących. Siedział samotnie przy stoliku, z konsternacją wypisaną na twarzy. Natomiast jego strojem był kostium wampira. Nie postarał się, według mnie, ale nie komentowałem.

            – Cześć, kochanie – powitała go Malwina.

            – Malwina! – wykrzyknął natychmiast i powstał. Pocałował ją na powitanie. – Oni wszyscy chcą mi stawiać drinki…!

            – Biedaku. – Pokręciła głową.

            – Gdzie Gaspar?

            – Przy barze – odpowiedział Bruno. – Próbuje walczyć z kolejką i kupić nam coś do picia.

            Zostawiłem tę dwójkę i ruszyłem w stronę tłumu przy barze. Nie wiedziałem co się działo, gdy już wsiąkłem w tę masę, ale chyba ktoś mnie klepnął w tyłek. Miałem ochotę kogoś uderzyć, ale nie mogłem zlokalizować winnego. Warcząc na wszystkich, przeczesywałem twarze, aby odnaleźć Gaspara.

            Znalazłem go przy barze i prowadził właśnie rozmowę z jakimś kolesiem, któremu ewidentnie wpadł w oko. Nic dziwnego, bo sam Gaspar przebrał się za Johna Travoltę z kultowego Grease. Nie miałem pojęcia kto go uczesał, ale włosy wyglądały rewelacyjnie.

            I dupek jeszcze gadał z francuskim akcentem.

            Pojawiłem się przy Gasparze szybciej niż ktoś mógłby powiedzieć „Tell me about it, stud”.

            – Oliwier! – wykrzyknął dopiero po chwili, gdy zorientował się kto przy nim stoi. – Mon dieu, co za wspaniały strój!

            – Malwina – rzuciłem, a potem spojrzałem ze złością na rozmawiającego z Gasparem kolesia. Wyglądał na szczerze zainteresowanego naszą dwójką.

            – To mój chłopak – przedstawił mnie Gaspar. – Oliwier.

            – Gaspar i Oliwier – powtórzył tamten nasze imiona. – Kapelusznik i Danny.

            – Taa – burknąłem. – A ty to…?

            – Przebrałem się za ironicznego, warszawskiego hipstera – oznajmił.

            – O kurwa – rzuciłem.

            Gaspar posłał mi rozbawione spojrzenie. Sięgnął po zamówione alkohole i podał mi butelkę piwa.

            – Musimy już iść. Miło było cię poznać.

            – Jasne – rzucił tamten.

            – Kto to był? – zapytałem.

            – Nie mam pojęcia! – wyznał Gaspar. – Nie usłyszałem imienia! Ale lubił Grease…

            Tej nocy świat był świadkiem fantastycznych ruchów Szalonego Kapelusznika i Danny’ego, którzy przetańczyli prawie trzy godziny.

 

 

            Halloween 2

            – Cukierek albo psikus! – ryknąłem, gdy Gaspar otworzył drzwi do swojego mieszkania. Podskoczył przestraszony i prawie upuścił z ręki swój neseser.

            – Madgrey, czy ciebie już do reszty powaliło?

            – Oczywiście, że tak – powiedziałem. – Rozbieraj się.

            – A więc cukier i psikus? – Uniósł brew, gdy zrzucałem z siebie bluzę. – Nie tak działa ta gra.

            – Rozbieraj się albo obrzucę cię jajkami i papierem toaletowym.

            Gaspar milczał chwilę, a następnie odrzucił neseser na półkę i ściągnął płaszcz.

            – Sam tego chciałeś.

           

 

            Lodowisko

            Wszystkie sporty zimowe były moimi ulubionymi. Były dla mnie czymś kompletnie naturalnym jak piłka nożna dla fana piłki nożnej lub koszykówka dla fana koszykówki. Proste, prawda? W zakres zimowych sportów, które naprawdę lubiłem, zaliczała się jazda na łyżwach. Co prawda bardziej emocjonujące były dla mnie wyścigi niż jazda figurowa, ale obie dziedziny miały swój czar.

            Niemniej, byłem zaskoczony, gdy dowiedziałem się, że Gaspar nigdy nie jeździł na łyżwach. Udało mi się go namówić dopiero po długim czasie i po tym jak dowiedziałem się, że w Warszawie jest całodobowe lodowisko, dzięki czemu można było pojeździć samotnie o drugiej w nocy.

            Istotnie, nikogo nie było, gdy pojawiliśmy się tam nieco po drugiej. Wypożyczyliśmy po parze łyżew i po krótkich przygotowaniach, weszliśmy na lodowisko, niedawno co wygładzany.

            Widziałem strach w oczach Gaspara, który próbował utrzymać równowagę i trzymał się barierek.

            – Myślałem, że to podobne do jazdy na rolkach – wyznał, próbując się oswoić z nowym wyzwaniem.

            – Bo jest – powiedziałem. – Chyba.

            Głupio było nie wykorzystać okazji do rozpędzenia się na pustym lodowisku, co też zrobiłem, a następnie wróciłem do Gaspara i pomagałem mu w jeździe. Nie przewrócił się ani razu, ale kilka razy tracił równowagę, po czym zawsze wpadaliśmy w śmiech.

            Czuliśmy się na tyle swobodnie, aby jeździć, trzymając się za ręce. Dla Gaspara była to głównie forma pomocy. Przyzwyczajał się i po jakimś czasie już jeździł sam, a potem rzucił mi wyzwanie i się ścigaliśmy.

            Wygrałem, oczywiście. Następnie próbowałem zrobić piruet, ale zakończyło się to tylko tym, że się przewróciłem.

            – Pięknie, kocie – rzucił do mnie Gaspar, nie powstrzymując śmiechu. Wyciągnął ku mnie rękę, aby pomóc mi wstać. Ująłem ją i z czystą złośliwością, pociągnąłem go do siebie. Gaspar natychmiast stracił równowagę, wydał z siebie dziwny dźwięk (jakby jęk, ale zdławiony) i wylądował obok mnie. – Zimne! – syknął.

            Przekręciłem się tak, aby być nad nim.

            – Miau – powiedziałem.

            – Zabiję cię kiedyś.

            – Mam dziewięć żyć – wyszczerzyłem zęby.

            Pocałowaliśmy się i dopiero wtedy wstaliśmy z lodowiska. Jeździliśmy tak jeszcze przez godzinę. To była jedna z najlepszych nocy w moim życiu.

 

 

            Para gejów na weselu przyjaciela

            Śluby i wesela nie były szczególnie lubiane przez Oliwiera Madgreya, który do instytucji małżeństwa podchodził z przymrużonym okiem (o ile w ogóle podchodził), jednak w tym wypadku nie potrafił powiedzieć „nie”.

            Ślub kapitana Cyrusa z jego piękną Bianką był wydarzeniem obowiązkowym dla każdego, kto chociaż raz był w drużynie Cyrusa i to właśnie koszykarze stanowili większość jego gości. Cyrus miał małą rodzinę, ale zdążył wypracować sobie wiele znajomości. Natomiast u Bianki wyglądało to na odwrót – duża rodzina, a mało znajomych.

            Ceremonia sama w sobie była przyjemna i nawet Oliwier nie mógł powstrzymać się od uśmiechu, gdy młoda para się pocałowała. Cyrus wyglądał naprawdę dobrze w swoim eleganckim garniturze (Gaspar pomagał mu wybierać i dopasować wszelkie dodatki jak krawat, spinki, pasek…), Oliwier musiał przyznać, że bardzo dostojnie i przystojnie. Natomiast sama Bianka pojawiła się w klasycznej, prostej i białej sukni, bez większych udziwnień.

            Po przysiędze jaką złożyli (wśród wielu westchnięć i szlochów) Cyrus i Bianka przypieczętowali swoje uczucie pocałunkiem. Gaspar miał wtedy łzy w oczach.

            Gdy zakończyła się formalna część, przyszła kolej na celebrację wśród muzyki, gości i zabawy. Malwina płakała w ramię swojego chłopaka, wzruszona i urzeczona pięknem państwa młodych. Bruno cierpliwie to znosił, ale sam nie mógł powstrzymać radości, gdy patrzył na swojego najlepszego przyjaciela.

            Oliwier przypomniał sobie dzień, gdy razem z Gasparem otrzymali wykaligrafowane zaproszenia na ślub. Oliwier nigdy nie był na żadnym ślubie, a więc to Gaspar wprowadzał go we wszystkie konwenanse (dobrze było mieć chłopaka, który się na tym wszystkim zna). Choć Oliwier, gdy trzeba było, potrafił się zachować, nie do końca wiedział jak działają wesela w Polsce.

            Okazało się, że nie było aż takiej wielkiej różnicy między Polską a Finlandią, ale tutaj trzeba było być twardszym zawodnikiem jeżeli chodzi o alkohol. No i część kościelna była ważniejsza od tej weselnej. Niemniej, Oliwier postanowił dobrze się bawić.

            To był naprawdę uroczy gest ze strony Cyrusa i Bianki, że zaprosili Oliwiera i Gaspara jako parę i chcieli, aby pojawili się jako para, niczego nie ukrywając. Z drugiej strony, naprawdę nikt nie zwracał na nich uwagi, bo to nie oni byli dzisiaj gwiazdami.

            Poza tym, był jeszcze Nataniel z Gabrielem, ale siedzieli nieco dalej. Oliwier z dumą stwierdził, że siedzi stolik obok państwa młodych, świadków (Bruno był świadkiem Cyrusa, a więc i Malwina załapała się do najważniejszego stołu) i najbliższej rodziny. Status ten zawdzięczał dzięki Gasparowi, który wciąż był idolem dla Cyrusa.

            Oliwier obserwował gości i doszukiwał się znajomych twarzy, trzymając w dłoni kieliszek z wyjątkowo wybornym drinkiem.

            Był Ariel razem z Zuzą, nie zabrakło Dawida, Filipa, Norberta, Maksymiliana i Krystiana z partnerkami. Marcel też się pojawił i tańczył razem z Ievą, praktycznie nie schodząc z parkietu.

            Natan i Gabriel rozmawiali właśnie z Roksaną i jej chłopakiem, a Artur i Mariusz żywo rozmawiali o czymś z trenerem Danielem i trenerką Katarzyną Wagner.

            Gaspar natomiast prowadził kulturalną rozmowę z dziewczyną, która okazała się być kuzynką Bianki. Z tego co opowiadała, obie były nierozłączne w dzieciństwie i jeszcze z tego okresu pamięta Cyrusa jak się bawił w dom ze swoją przyszłą żoną.

            Kuzynka Anita zdawała się być równie otwarta i towarzyska co Gaspar, w przeciwieństwie do jej chłopak, który wyglądał jakby tu był za karę.

            – No właśnie o tym mówię – uśmiechnął się Gaspar, kontynuując jakiś wątek. – Gdy z Oliwierem kupiliśmy sobie nowe łóżko… – Wskazał na swojego chłopaka.

            – Chwila, moment – Anita przerwała mu i zamrugała oczami. – O mój Boże…! Jesteście parą?

            Oliwier i Gaspar wymienili się spojrzeniami.

            – Ee… tak – powiedział ostrożnie Gaspar.

            – Hy! Myślałam, że jesteście braćmi – przyznała.

            Oliwier i Gaspar ponownie popatrzyli po sobie. Bracia zdecydowanie nie robią tego co oni wczoraj w łóżku.

            – Nie – zapewnił Gaspar – Jesteśmy parą.

            Chłopak Anity ożywił się lekko i przeniósł spojrzenie na dwójkę sąsiadów ze wspólnego stołu.

            – Ej, chłopaki! To super! – Pokiwała gorliwie głową. – Nic się nie bójcie. Nikomu nie powiemy, prawda Kamil?

            – Jasne. Mam kuzyna, który jest gejem. Wszystko spoko.

            – To nie jest sekret – wtrącił Oliwier. – Nie trzymamy tego w wielkiej tajemnicy.

            – Już nie – sprecyzował Gaspar.

            – Ale jak to działa? – Anita była nad wyraz podekscytowana. – Kto jest kobietą a kto mężczyzną w takim związku?

            Gaspar zmrużył oczy.

            – Obaj jesteśmy mężczyznami…

            – No tak – przyznał Kamil. – Ale wiecie o co nam chodzi… No… eee…

            – Dwóch facetów – oznajmił mocno Gaspar. – Nie ma kobiet w tym związku. Tak to działa.

            – No dobrze, dobrze. – Anita poprawiła włosy i przysunęła się do chłopaków, chyba chcąc nadać rozmowie formy konspiracji. – A kiedy jesteście we dwójkę na randce, który z was płaci?

            – Ten, który miał akurat wypłatę – wtrącił Oliwier grobowym tonem.

            – O mój Boże! – Anita klasnęła w dłonie. – Czym się zajmujecie? Moda? Dekorator wnętrz? A może aktorstwo?

            Gaspar uśmiechnął się delikatnie, prawie pobłażliwie.

            – Prowadzę szkołę językową i uczę francuskiego – wyjaśnił. – A Oliwier pracuje w kawiarni i odbywa staż w korporacji międzynarodowej gdzie analizuje dane statystyczne dla firm z zagranicy.

            – Cały ja – powiedział Oliwier. – Analiza, analiza i jeszcze raz analiza.

            Anita zaśmiała się głośno i trąciła Oliwiera w ramię. Chłopak nie wiedział ku czemu miał służyć ten gest.

            – Ojej, ha, ha! Ty świntuchu!

            Oliwier zmarszczył czoło.

            – Wymieniacie się swoimi ubraniami? – zapytał nagle Kamil.

            Oliwier i Gaspar spojrzeli po sobie. Skinęli głowami.

            – Właściwie to tak. Czasami to robimy.

            – Ma wygodne bluzy – przyznał Gaspar.

            – Ej, ale to w sumie super sprawa – powiedział Kamil. – Możecie razem obczajać chłopaków i nigdy żaden z was nie będzie zazdrosny. Bo faceci mogą tak sobie obczajać, nie?

            Gaspar odchrząknął.

            – Masz chyba zły obraz związku. Tak w całości.

            Jednak Anita nie zdawała się być zaaferowana i zadawał kolejne pytania.

            – Posłuchajcie, od niedawna mieszkamy w Warszawie, ale nie znamy żadnej dobrej restauracji. Polecicie jakąś? Gdzie jadacie na mieście? Geje zawsze wiedzą gdzie dobrze zjeść. Macie jakieś miejsce na lunch?

            – Jesteśmy gejami – przypomniał Oliwier ze złośliwym uśmiechem. – My jadamy tylko brunche. Nie lunche. Źle działają na trawienie i ekosystem.

            – Hy! O mój Boże, Kamil. Chyba o tym czytałam. – Potrząsnęła za ramię swojego chłopaka. – Słyszałam, że to gej wymyślił brunch. To jest niesamowite! Geje zaczynają coś lubić, a potem to się staje popularne! Co teraz lubicie? – Mrugnęła do nich. – Będę na czasie…!

            – Razem z Gasparem oddajemy się ostatnio uprawie własnych pszczół i robimy miód – Oliwier wpadł w wyjątkowo dobry humor, a pomagał mu w tym kolejny drink. Gaspar próbował zachować pokerowy wyraz twarzy jakby to co mówił jego chłopak było jak najbardziej prawdą. – Każdy powinien mieć swój ul, ot co.

            – Ul? Ale… w domu?

            – Och, tak. – Oliwier gorliwie pokiwał głową. – Można teraz hodować pszczoły w mieszkaniach, a ich specjalna odmiana genetyczna jest nieszkodliwa dla zdrowia. Tylko trzeba znaleźć odpowiednie miejsce. My trzymamy swój ul w kuchni, niedaleko mikrofalówki. Pszczoły lubią ciepło.

            – Kamil, kupujemy jutro ul! Będziemy mieć swój własny miód.

            Oliwier wyszczerzył zęby. To był chyba jego najszczęśliwszy dzień w życiu.

            – Dobrze, panowie, a teraz poważnie. – Spojrzała na nich z powagą. – Który z was jest twinkiem, a który jockiem?

            – O mój Boże. – Dobry humor opuścił Oliwiera jak powietrze przekłuty balonik.

            – Łał. – Gaspar pokiwał głową z uznaniem. – Łał. Odrobiłaś lekcje.

            – Oj dobra, nie chcecie to nie mówicie – zachichotała, ale jej spojrzenie ewidentnie mówiło, że to Oliwiera uznała za „twinka”. – W ogóle, razem z Kamilem chcemy pomalować salon na nowo. Jaki kolor polecacie?

            – Ee… Taki który lubisz – odpowiedział spokojnie Gaspar.

            – Miodowy – wtrącił cicho Oliwier, uśmiechając się do swojego kieliszka.

            – O mój Boże, właśnie się zorientowałam, że macie taki sam kolor krawatów! – wykrzyknęła Anita. – To takie urocze!

            – Dziękuję. – Gaspar skłonił się lekko. – Ja wybierałem.

            – Pewnie dużo czasu spędzacie na zakupach. Ech, chciałabym mieć przyjaciela geja, który chodziłby ze mną po sklepach – westchnęła ciężko, a następnie drgnęła. – O mój Boże! Wy możecie być moimi najlepszymi przyjaciółmi gejami!

            – Dopiero… co się poznaliśmy – powiedział rozsądnie Gaspar. – A więc nie wiem czy…?

            – Wybieracie się na Paradę Równości? Bo nie mam z kim iść, a trzeba mieć geja, aby się wkręcić…

            – Tak, trzeba mieć geja, aby się wkręcić na Paradę Równości – przyznał ironicznie Oliwier, ale ani Anita ani Kamil tego nie wyczuli. – Trzeba go posiadać.

            – Nie wiemy czy się wybieramy – odpowiedział spokojnie Gaspar. – Wszystko zależy od tego czy będziemy mieć wolne…

            – Dajcie znać koniecznie – poprosiła Anita. – Byłoby super! Poza tym, mogłabym być waszą surogatką, nasze dzieci miałby fenomenal…

            – Kochanie! – Oliwier przerwał gwałtowanie i spojrzał na ponaglająco na Gaspara. – Chyba leci Cher i jako geje mamy obowiązek złożyć jej taneczny, gejowski hołd.

            Obecnej piosence daleko było do Cher, ale Gaspar pokiwał głową. Pospiesznie wstali od stołu i udawali, że nie usłyszeli ostatniego pytania.

            – Gdy tańczycie wolny taniec, kto prowadzi…?!

            – Nie wracam tam – syknął Oliwier, gdy razem z Gasparem przemierzali na drugą stronę restauracji, z dala od parkietu. – Chciała być naszą surogatką! Jest świrnięta! Myślałem, że Malwina jest nawiedzona i zadaje pytania „kto jest na górze?” albo „mając porównanie, kto robi lepiej loda – chłopak czy dziewczyna?”, ale Anita jest o poziom wyżej!

            – Po prostu nie ma pojęcia o tym jak wygląda życie gejów i żyje stereotypami…

            – Gaspar. Ona uważa, że gej to bilecik na Paradę Równości. Nawet ja mam więcej taktu, a przypominam, że wczoraj puściłem bąka pod kołdrą.

            – Tak, to było urocze… – odpowiedział sarkastycznie Gaspar. – Przynajmniej nie chciała nas oblać wodą święconą. Chciała być miła.

            – Uważa mnie za twinka. Gaspar, jestem za stary na bycie twinkiem! Może sześć lat temu.

            – Ale musisz przyznać, że dobrze się bawiłeś. – Gaspar uśmiechnął się szeroko. – Ul w domu? Brawo.

            Oliwier wybuchnął głośnym śmiechem, zwracając na siebie uwagę pobliskiego stolika.

            – Dobrze, że jej przerwaliśmy, bo temat schodził na ślub i dzieci. – Oliwier się wzdrygnął.

            – Dobrze znać twoje zdanie na ten temat – przyznał Gaspar.

            – Bejbe, nawet jak stanę na rzęsach i zaklaszczę uszami, żadna z tych rzeczy nie jest możliwa w tym kraju – przypomniał znużony Oliwier. – Wiesz o tym, nie?

             – Wiem, wiem. – Pokiwał głową i rozejrzał się. Na jego twarzy błąkał się uśmiech. – Miło by było mieć wesele.

            – Ty poważnie? – Oliwier zbladł.

            – Co w tym złego? – zapytał. – Nie mówię, że jutro. Mówię, że… w ogóle.

            – Jeżeli chcesz ze mną rozmawiać na temat gejowskich ślubów, potrzebuję jeszcze przynajmniej trzech drinków – uprzedził Oliwier. – Nigdy o tym nie gadaliśmy.

            – I nie musimy teraz. – Zaśmiał się Gaspar, widząc twarz swojego chłopaka. – Dzisiaj świętujemy co innego, Oliwierze. I wykonujemy uniki przed Anitą i jej pytaniami. Obawiam się, że jeszcze do nas wróci i zapyta o ślub i dzieci. Proponuję przyjąć strategię.

            Oliwier wyglądał na zaintrygowanego.

            – Powiedzmy, że wyjeżdżamy do Stanów! – zasugerował. – I że chcemy bliźniaki!

            – Chłopca i dziewczynkę – dodał Gaspar. – Tylko jak je nazwiemy?

            – Duh! Luke i Leia!

            – Nigdy nie pozwoliłbym ci nazwać tak naszych dzieci. Nawet jeżeli są fikcyjne – podkreślił, bo Oliwier już otwierał usta. – Nie pozwoliłbym na to nikomu.

            – Jak zwykle zabijasz zabawę. Ona kupi wszystko, nawet jak powiemy, że lecimy na Naboo, bo tam są zalegalizowane małżeństwa homoseksualne.

            – Dobrze. Niech będzie Luke i Leia – westchnął Gaspar. – Luke i Leia Arcenciel…

            – Wow, zaraz, chwila. Czemu mają mieć twoje nazwisko?

            Gaspar roześmiał się głośno.

            – Jesteś uroczy, Madgrey. Przypominam, że to pic.

            Oliwier spojrzał gdzieś w bok.

            – Nawet jeśli, to i tak powinno być i moje nazwisko. Wkurwiłbym nieziemsko mojego ojca. – Zamrugał oczami. – Och, to by było genialne!

            – Wziąć ślub, aby zdenerwować tatę? Wspaniały powód…

            – Nie znam lepszego. – Ostentacyjnie wzruszył ramionami. – Czyli Luke i Leia Madgrey-Arcenciel urodzeni gdzieś w Stanach?

            – Na to wychodzi. – Gaspar skinął głową. – A teraz pozwól, że odłożymy fikcję na bok i zabawimy się na weselu przyjaciela, co ty na to? Idziesz tańczyć? Przez Marcela zaraz zapali się parkiet, to może być nasza ostatnia szansa.

            – Hm… Idź. Dopiję i dołączę.

            – Jasne. – Ruszył w stronę parkietu i zatrzymał się przez ramię. – Nie każ mi długo czekać – poprosił. – Jestem ciekaw kto prowadzi w trakcie wolnego tańca.

            Oliwier roześmiał się i obserwował plecy swojego chłopaka. Dotarł do Mileny i bez słów zaczęli ze sobą tańczyć. Nie minęła chwila, aż pojawił się Marcel z Ievą.

            Oliwier obserwował przez chwilę Gaspara i dopił drinka. Nerwowo sięgnął ręką do kieszeni marynarki i odetchnął z ulgą. Następnie ruszył w stronę parkietu, w wyjątkowo tanecznym kroku.