Opowiadanie inspirowane jest anime Kuroko no Basuke!

czwartek, 25 czerwca 2015

Rozdział dodatkowy - Kapitan Arcenciel



Rozdział dodatkowy
Kapitan Arcenciel




            – Dziękuję bardzo za dzisiejsze zajęcia – oznajmiłem, uśmiechając się delikatnie. Pięć par oczu wpatrywało się we mnie z mieszaniną ulgi i zmęczenia. – Bardzo dobrze wam dziś wszystkim szło. Do zobaczenia za tydzień. A bientôt – pożegnałem się, a uczniowie rzucili się do pakowania swoich rzeczy. Prawdopodobnie przygotowałem dla nich nieco trudniejszy test niż zamierzałem, bo przez resztę zajęć siedzieli nieco przybici.
            Gdy tylko zostałem sam w sali, przetarłem oczy i ziewnąłem potężnie, zasłaniając usta. Miałem ochotę położyć się na biurku i zasnąć, co jedynie podkreślało moją desperację i pragnienie położenia się w łóżku.
            Wrzuciłem notatki do torby i zarzuciłem na siebie płaszcz. Zamknąłem klasę, po czym odniosłem klucz do recepcji. Moja znajoma uśmiechnęła się do mnie znad lady. Ona również wyglądała na zmęczoną. To chyba był taki dzień.
            – Jak zajęcia? – zapytała. Towarzyszył jej szum komputera i grube segregatory z dokumentami.
            – Udane. Chociaż czasami zastanawiam się, czy nie za bardzo ich… cisnę.
            Spojrzała na mnie znad okularów.
            – Ty „ciśniesz”? Proszę cię. Ciśniesz może i tych swoich koszykarzy, ale nie te dzieciaki. Jesteś naprawdę bardzo dobrym nauczycielem.
            Zostałem nauczony, że za komplement się dziękuje, a więc to zrobiłem, nie chcąc się za bardzo nim chełpić. Dalej miałem wrażenie, że jestem za surowy dla moich uczniów.
            Co innego drużyna koszykarska. To nie była grupa nastolatków, których trzeba ustawiać do pionu. Byli już dorosłymi ludźmi, a moi uczniowie byli w gimnazjum lub liceum.
            – Zrobiłem im test – poinformowałem. – Podam wyniki w przyszłym tygodniu. A teraz będę już leciał.
            – Oczywiście. Trzymaj się, Gaspar.
            – Do zobaczenia.
            Szkoła językowa, w której uczyłem języka francuskiego, znajdowała się zaraz przy ulicy Kruczej, a więc miałem kilka kroków do odpowiadającego mi tramwaju. Ruch o tej godzinie był spory i ledwo wcisnąłem się do wagonu. Modliłem się, aby drzwi nie przycięły mojego płaszcza.
            Podróże do domu w środowe wieczory wyglądały zawsze tak samo. Ciasnota w tramwaju i tysiące zmęczonych twarzy.
            Musiałem przyznać, że było coś ujmującego w takiej ilości ludzi. Nie było ich tak dużo jak w Paryżu, ale wciąż pokaźna liczba. Czasem tak dużo, że odpuszczałem sobie wpychanie się do tramwaju i czekałem na kolejny odjazd.
            Na szczęście dzisiaj nie musiałem tak robić. Podróżowałem w stronę Woli, a moje oczy powoli się zamykały.
            Ostatnio byłem coraz bardziej senny i zmęczony. Natłok obowiązków robił swoje. Uważałem siebie za kogoś, kto wytrzymuje dużo i potrafi wiele wziąć na siebie, ale najwidoczniej i ja miałem swoje limity.
            Przede wszystkim pisanie pracy magisterskiej (w dwóch językach) kradło wiele wolnego czasu, chociaż nie tak dużo jak treningi Nowego Elementaris. W drużynie zaszły małe zmiany, a poza tym, jak się okazało, mój związek z jednym z zawodników nie był tak dobry dla drużyny jak sądziłem na początku.
            Na domiar złego moja nowa funkcja zdegradowała Brunona, który próbował pokazać, że wszystko jest dobrze i nie ma z tym najmniejszych problemów. Powtarzał, że został kapitanem Monarchów,więc będzie dawał z siebie wszystko, by móc się z nami spotkać w finale po przeciwnych stronach.
            Tak, EuroBask 2015 kradł mi dużo czasu. Przeciwnicy nie robili się łatwiejsi, a nasza drużyna musiała się dotrzeć. Brak Dawida też robił swoje. Nasza gwiazda lśniła teraz za oceanem, osiągając kolejne sportowe sukcesy. Ciężko było ich nie zauważyć. On sam na swojej facebookowej tablicy niewiele zdradzał, ale jego nowi koledzy z drużyny często go oznaczali i komentowali jego wspaniałe wsady lub zagrania.
            Nie umknęło naszej uwadze, że na zdjęciach Dawid często pojawiał się z ładną blondynką, ale żadne potwierdzone wieści jeszcze do nas nie dotarły.
            Chociaż główny trzon mojej drużyny pozostał właściwie nietknięty, to do podstawowej dwunastki graczy dołączył Rafał – najmłodszy z nas wszystkich, ale z niezwykłym potencjałem. Dopiero co rozpoczął studia i uwielbiał koszykówkę. Takie młode talenty były dla mnie czymś ważnym.
            Rafał najbliżej trzymał się z Filipem, co nieco podbudowało blondyna i pomogło mu zapełnić lukę po najlepszym przyjacielu. Cieszyłem się z takiego rozwiązania.
            Chociaż ostatnio coraz częściej myślałem o porzuceniu funkcji kapitana.
            Z rozmyślań wyrwał mnie głos informujący o przystanku. W ostatniej chwili opuściłem tramwaj, który o mało co nie przyciął mojego płaszcza. Złapałem oddech i wróciłem do mieszkania.
            Do pustego i chłodnego mieszkania. Zatęskniłem za zapachem kawy, który często mnie witał. Zdjąłem płaszcz i rzuciłem torbę na ziemię. Zapaliłem światła i udałem się do kuchni, aby coś zjeść.
            W międzyczasie trzy razy sprawdzałem telefon. Gdy w końcu zadzwonił, mieszałem sos do spaghetti. Nie przepadałem za włoską kuchnią, ale była w miarę łatwa i szybka do przygotowania.
            Ku mojemu rozczarowaniu, nie dzwoniła osoba, której oczekiwałem.
            – Tak, Bruno? – odebrałem, mówiąc spokojnym tonem.
            – Gdzie jesteś? – zapytał. – Już czekamy z Cyrusem.
            Zamarłem w połowie mieszania.
            – Już czeka… cie… – powtórzyłem powoli, próbując sobie przypomnieć o czym mówi. I wtem, z tej irytującej części mózgu, która przeważnie nie uaktywnia się przez cały dzień, tylko po to, aby w jednej sekundzie przypomnieć o czymś ważnym, dotarła do mnie wiadomość.
            Byłem umówiony na siłownię z Brunonem i Cyrusem. W środowy wieczór.
            Z moich ust padło piękne, francuskie przekleństwo.
            – Och, znam to słowo – oznajmił mój przyjaciel. – Wnioskuję, że zapomniałeś.
            – Przepraszam – jęknąłem. Sos zabulgotał nerwowo, przypominając o sobie. Zamieszałem ponownie w garnku. – Kompletnie mi wyleciało z głowy.
            Bruno milczał przez chwilę. Prawdopodobnie posyłał Cyrusowi znaczące spojrzenie.
            – No cóż, każdemu może się zdarzyć – ocenił sprawiedliwie. – Jest szansa, że przyjedziesz nieco spóźniony, czy sobie dzisiaj darujesz?
            Rozejrzałem się po kuchni, szukając odpowiedzi.
            – Daruję – oznajmiłem. – Nie przećwiczcie się.
            – Jasne. Widzimy się w sobotę?
            – Tak, tak.
            – W takim razie do zobaczenia.
            – Trzymajcie się.
            Zapominanie o spotkaniu nie było w moim stylu. Zwłaszcza, gdy chodziło o spotkanie z Cyrusem i Brunonem. Nasza trójka (nazwana przez Marcela jako Kapitalna Trójca) spędzała ze sobą przynajmniej jeden wieczór w tygodniu na siłowni.
            W ten prosty sposób wspieraliśmy Cyrusa, który powoli wracał do formy. Po ponad rocznej przerwie, przejściu kilku badań i jednym zabiegu, Cyrus mógł wrócić do sportu. Niestety jego forma zdecydowanie spadła, a przy tym ucierpiała szybkość Kapitana Cudów. Dlatego nasz przyjaciel spokojnie i powoli powracał do dawnej świetności.
            Wierzyłem, że już w przyszłym sezonie wróci do Nowego Elementaris, aby prowadzić drużynę do finału EuroBask 2016.
            Niemniej, musiałem się skupić na tym,  co się działo teraz.
            Poza pracą, studiami, treningami, siłownią, pisaniem pracy magisterskiej, kłótnią z Oliwierem oraz wstępnym rozeznaniem się na rynku, by móc otworzyć szkołę językową (co było naprawdę czasochłonne), nasza drużyna przygotowywała się także na specjalne spotkanie koszykarskie, które kierowane było do uczniów wszystkich szkół.
            Idea była prosta – zachęcić młodych ludzi do koszykówki. Nigdy nie wiadomo było, z której osoby wyrośnie przyszły mistrz, co było nawet ekscytujące. Możliwość obserwowania i zbierania talentów była pasją, którą dzieliłem z Cyrusem i Brunonem.
            Jakby nie patrzeć, Nowe Elementaris zajęło drugie miejsce w mistrzostwach EuroBask, a więc organizatorzy imprezy zwrócili się do nas z zapytaniem, czy będziemy w stanie poprowadzić zabawę i różnego rodzaju zawody. Zaangażowałem w to całą drużynę, która powitała to z większym lub mniejszym entuzjazmem.

***

            Spaghetti nie było dobre, mimo że uraczyłem się do tego winem. Odstawiłem talerz na szklany stolik i skupiłem się na kieliszku z czerwonym płynem. Z głośników sączył się hipnotyzujący głos Lany Del Rey, śpiewającej Cruel World. Każde kolejne słowo powoli mnie dobijało, ale ból był zaskakująco przyjemny i przeplatany z myślą – czemu zawsze lecę na niegrzecznych facetów?
            Mogłem się spodziewać, że kłótnie z Oliwierem nie będą niczym przyjemnym. Przerabiałem je już wcześniej, ale wtedy nie byliśmy razem, a więc nie przejmowałem się nimi tak bardzo.
            Kłótnie w związku są nieco inną sprawą. Powodują, że człowiek zaczyna myśleć i analizować. Wkrótce potem jak minie pierwszy gniew, pojawia się żal. Chociaż mogłem jedynie zgadywać, że Oliwier nawet się tym nie przejął i po prostu się nie odzywa, wiedząc, że to ja przesadziłem.
            Teraz pojawiało się pytanie – czy przesadziłem? Nie potrafiłem w pojedynkę na to odpowiedzieć. Nie byłem wystarczająco obiektywny, ale nie chciałem jeszcze nikogo prosić o pomoc.
            Z drugiej strony, obiecałem sobie, że już nie będę uciekał, a więc chciałem rozwiązać sprawę najszybciej jak było to możliwe.
            Niestety wiedziałem, iż wieczory w tym tygodniu odpadały, bo Oliwier pracował lub miał konwersatoria na studiach. Czasami przychodził do mnie nocować, ale to nie wchodziło w grę w najbliższym czasie, a więc pozostawała mi sobota.
            Zamknąłem oczy i stwierdziłem, że brak czasu stanie się moim największym wrogiem.

***

            Od sobotniego poranka byłem obecny na hali sportowej w centrum Warszawy. Na ten dzień całe boisko do koszykówki zostało zarezerwowane na spotkanie koszykarskie dla wszystkich chętnych uczniów z warszawskich szkół i okolic.
            Razem z Brunonem i Cyrusem, a także Roksaną, przy pomocy taśmy klejącej, wyznaczaliśmy specjalne „stacje”, na których miały być rozgrywane odpowiednie konkurencje lub służyć miały jako punkty do nauki.
            Wraz ze zbliżającą się godziną rozpoczęcia, pojawiała się coraz większa część drużyny, której wskazywałem odpowiednie miejsca i przypominałem o ich obowiązkach.
            Oliwier i Malwina się spóźniali. O ile byłem w stanie wyobrazić to sobie u swojego chłopaka, to jednak punktualność była cnotą jego współlokatorki.
            Następnie razem z Gabrielem, Maksymilianem i Krystianem (który z chęcią oznajmił, że pomoże Nowemu Elementaris w organizowaniu imprezy, mimo że czekał nas mecz do eliminacji EuroBask) przyprowadziliśmy i umiejscowiliśmy po bokach boiska dwa ruchome kosze. Zakładałem, że gdyby Maksymilian zawiesił się na którymś z nich, przewróciłby się.
            Byłem zaskoczony, gdy okazało się, że w czasie jak mnie nie było, na boisku pojawił się Oliwier. A właściwie właśnie podciągał się na siatce do kosza, a koło niego stał Marcel i coś mówił.
            Nabrałem głębszego wdechu i próbowałem zignorować szpileczkę zazdrości, która zawsze wbijała się w moje serce, gdy wiedziałem tę dwójkę razem. To było niedorzeczne, doprawdy. Marcel umawiał się z Ievą, a Oliwier był ze mną, ale z jakiegoś powodu odczuwałem niepokój.
            Ich relacja zaliczała się do wyjątkowych. Sam Oliwier mi tak powiedział – „nigdy nie miałem tak dobrego przyjaciela”. Oczywiście, rozumiałem to. Marcel idealnie nadawał się na kogoś takiego. Nie tylko był oddany i lojalny, ale potrafił rozbawić i był gotów pojawić się w twoim mieszkaniu o trzeciej w nocy, by nieść pomoc. Z opowieści słyszałem, że potrafił odprowadzić pijanego przyjaciela do domu, gdy ten zaczął śpiewać głośno fińskie piosenki i napastować seksualnie przystanki autobusowe.
            Samemu wiedziałem, że można na nim polegać. A więc skąd to uczucie zazdrości?
            Wstydziłem się tego podejścia. Nie było ono fair wobec Oliwiera, który w żaden sposób nie dawał powodów, abym tak myślał. Podciągał się na koszu. Marcel coś mówił. Prawdopodobnie był to efekt jakiegoś zakładu, w końcu podciąganie się miało być jedną z konkurencji.
            – O, dzięki Bogu, jesteś. – Silne szarpnięcie obróciło mną w miejscu i teraz patrzyłem prosto na Malwinę. Byłem od niej prawie trzydzieści centymetrów wyższy, więc musiałem pochylić głowę. – Musimy porozmawiać o Oliwierze.
            Miałem nadzieję, że nie dostrzegła mojego grymasu niezadowolenia, ale była najlepszą obserwatorką, jaką znałem. Nawet jeżeli coś dostrzegła, puściła to w niepamięć.
            – O Oliwierze – powtórzyłem.
            – Tak – syknęła. – Doprowadza mnie do szaleństwa. Wiem, że się pokłóciliście i nie będę wnikała o co poszło – powiedziała z trudem, poskramiając swoją ciekawość. Przez sekundę w jej oczach dostrzegłem błaganie, abym wyjaśnił jej o co chodzi. Ponieważ milczałem, kontynuowała: – ale to musi się skończyć! Od tygodnia chodzi nabuzowany! Burczy, warczy i coraz bardziej przypomina Sampo, a ja ci powiem, że jeden kot, który pragnie zabić ludzkość, wystarczy mi do szczęścia. Na dodatek dziwnie się zachowuje, myli kawy, raz nawet pomylił buty, a teraz jeszcze celowo kazał nam się spóźnić i czekał pod drzwiami aż sobie gdzieś pójdziesz, żebyśmy mogli wejść.
            – Zrobił to?
            – Paranoja! – Wystrzeliła dłońmi w powietrze. – Dlatego, proszę, pogadajcie. Totalnie zbzikował przez to, że się do niego nie odzywasz. Wasze ciche dni muszą się skończyć.
            – Unika mnie…?
            – Oj, nie! To nie tak. – Pokręciła głową. – Wstydzi się jak jasna cholera.
            – Jest uroczy, gdy się wstydzi.
            – Ma też skłonności socjopatyczne, więc ustaw swoją kobietę do pionu. – I tymi słowami zakończyła rozmowę. Odeszła do Brunona, spinając włosy z tyłu głowy.
            Westchnąłem i ruszyłem pewnym krokiem w stronę Oliwiera. Natychmiast puścił się siatki, spadając i piszcząc butami o podłogę. W jego oczach dostrzegłem niepokój, ale i zdenerwowane. Marcel poszedł za wzrokiem przyjaciela i uśmiechnął się na mój widok.
            – Kapitan Skittles! – rzucił na powitanie.
            Ten żart już przestał mnie w jakikolwiek sposób obchodzić, a wszystko wzięło się od reklamy słodkości, której główne hasło brzmiało „skubnij tęczy”.
            – Cześć, Marcel – odpowiedziałem. – Hej. – Skierowałem to do Oliwiera.
            – Hej.
            Cokolwiek było w tym krótkim powitaniu, Marcel chyba zrozumiał, że coś się dzieje. Niezbyt dyskretnie odkaszlnął, a następnie oddalił się, twierdząc, że ktoś go woła. Niemniej, zostawił nas samych pod koszem.
            – Przygotowany na dzisiaj? – zapytałem.
            – Miałem coś przygotować?
            – Cierpliwość i umiejętność ograniczania przekleństw przy dzieciach.
            – Ach, to. Niewykonalne.
            Mimowolnie uśmiechnąłem się, co kompletnie roztrzaskało moją poważną minę, zwiastującą poważną rozmowę.
            – Możemy dziś porozmawiać? – Wróciłem do głównego problemu. Oliwier nie odpowiedział, ale za to skinął głową. – Po dzisiejszej zabawie? Pójdziemy na kawę czy coś.
            – Jasne – mruknął. – Porozmawiajmy.
            Kompletnie tego nie chciał, ale takie były wyzwania związków. Trzeba było odrobinę się otworzyć przed drugą osobą i obnażyć swoje obawy lub złości. Inaczej to nie miałoby sensu. Doceniłem fakt, że chce ze mną porozmawiać i wyjaśnić sprawę. Dawniej mógłby zareagować prychnięciem i kazać mi się odwalić.
            Czy zmiękł? Nie. Dalej był sobą. Jedynie pogodził się z faktem, że i on ma uczucia, które czasem musi przyswajać.
            – Super – oznajmiłem, nie potrafiąc znaleźć kolejnych słów.
            – Gaspar – rzucił szybko, gdy zacząłem się wycofywać. Obejrzałem się przez ramię. – Nie. Już nic. Hm… powodzenia dzisiaj.
            – Dzięki. Wzajemnie.
            Mniej więcej od godziny dziesiątej zaczęli zjeżdżać się uczestnicy dzisiejszej zabawy. Niektórzy przychodzili samotnie, inni w grupach, a jeszcze inni w ramach wycieczek szkolnych dla tych bardziej gorliwych osób, które potrafiły poświęcić wizję dłuższego, sobotniego snu na rzecz dobrej zabawy.
            Czułem się w swoim żywiole, gdy musiałem stanąć na specjalnym podium z mikrofonem w ręku. Wiele razy przemawiałem przed publicznością – zarówno w Polsce jak i we Francji.
            – Cześć! – rzuciłem luźno, widząc przed sobą tak młodych ludzi. Niektórych zaskoczył mój francuski akcent. – Jestem Gaspar Arcenciel, kapitan drużyny Nowe Elementaris. Mamy przyjemność gościć was wszystkich na naszym koszykarskim wyzwaniu. Specjalnie dla was nasza drużyna przygotowała kilkanaście wyzwań, z którymi będziecie musieli się zmierzyć. Wasze wyniki będą podliczane, a dla najlepszych czekają nagrody. Jednak, aby zwyciężyć, należy wziąć udział w każdej konkurencji.
            Rozejrzałem się po boisku.
            – Taśmy wyznaczają poszczególne miejsca, na których rozgrywać będziecie wasze wyzwania. Do każdej ze stacji przydzielony jest opiekun, który będzie wam tłumaczył zasady i zapisywał wyniki. Aby nikt się nie pogubił, podzieliliśmy was na grupy. Tak, tak. Stąd te kolorowe opaski, które otrzymywaliście na wejściu. – Uniosłem swoją lewą dłoń, na której widniał zielony pasek. – Poza nagrodami indywidualnymi przewidujemy także nagrody dla jednej z pięciu drużyn. Koordynatorzy grup zadbają o to, abyście zdobyli jak najlepszy wynik. Nim zaczniemy całą zabawę, proszę, odnajdźcie swoich koordynatorów. Czekają na was w kątach sali. Cyrus, Bruno, Malwina i trener Daniel. Zielonych z kolei poproszę pod podium i…
            Przerwałem, koło mnie pojawił się Marcel. Jego obecność wywołała małe poruszenie.
            – A to Marcel, nasze kochane słoneczko drużyny – przedstawiłem, a po sali przeszedł śmiech. – Coś się stało?
            – Zapytaj raczej, kapitanie Skittles, co się jeszcze nie stało – odpowiedział, wyjmując telefon z kieszeni. – Masowe selfie!
            Pomysł został powitany z entuzjazmem i ludzie zaczęli się przepychać, aby znaleźć się na zdjęciu rozpoczynającym zawody. Marcel pokierował dokładnie wszystkimi i po chwili zdjęcie wylądowało na facebooku.
            – Oznaczajcie się! – poprosił, schodząc ze sceny.
            – I tym pozytywnym akcentem, zaczynamy całą imprezę! – krzyknąłem, a z głośników huknęła głośna muzyka, odbijająca się echem od ścian. Oliwier znalazł dla nas DJ’a z klubu, w którym dawniej pracował.
            Zawodnicy odnaleźli swoich koordynatorów, a ci prowadzili ich przez wszystkie wyzwania. Ja za to krążyłem po stacjach, podpatrując jak idzie zawodnikom w wykonywaniu naszych zadań, chociaż niektóre z nich nie do końca miały związek z prawdziwą koszykówką. Jednocześnie opiekowałem się jedną z grup, ale na szczęście dostałem najstarszych graczy, którzy potrafili zadbać o siebie w czasie, gdy robiłem obchód.
            Może po kolei?
            Malwina była koordynatorką niebieskich – najmłodszej grupy osób. Mógłbym nawet powiedzieć, że dzieci w wieku szkoły podstawowej. Nasza menadżerka opiekowała się nimi wzorowo, niczym najlepsza mama pod słońcem. Nie uszło mojej uwadze to, iż Bruno zerkał na nią z ciekawością.
            Cierpliwa i miła, miała niezłą zabawę z tymi dzieciakami, pomagając im i dając  wskazówki.
            Jej chłopak, Bruno, koordynator czerwonych, był nieco bardziej wymagającym liderem, opiekował się młodzieżą gimnazjalną. Prowadził ich krótko i nie pozwalał na większe wybryki, poza tymi względnie dopuszczalnymi. Dostrzegłem, że często puszcza płazem niektóre zachowania, ale był wymagający, gdy chodziło o wykonywanie zadań.
            Nie był zły. Po prostu kazał się nie poddawać. Jeżeli ktoś nie trafił, mówił mu, aby spróbował jeszcze raz, bo tylko tak się nauczy. Wiedziałem, że ma dobre intencje, ale chyba był zbyt wymagający dla tych biedaków. Z drugiej strony, mieli szansę być pod opieką kapitana, który prowadził drużynę na EuroBask.
            Opiekunem żółtych został Cyrus, który ewidentnie się w tym odnalazł i widać było po nim, jak tęskni za funkcją kapitana. Chociaż zdrowie dalej mu w pełni na to nie pozwalało, właśnie sobie odbijał wszelkie braki. Filip, Gabriel i Nataniel, jego Cudy obserwowały go z radością, a mnie tknęła smutna myśl – Cudów Cyrusa z roku na rok było coraz mniej. Najpierw śmierć Marka, następnie wyjazd Ariela, teraz stypendium Dawida…
            Zastanawiałem się, czy Cyrusa to boli. Czy boli go to, że już nigdy nie zagra w swoim licealnym składzie, wraz z którym wygrał tyle meczów? Nawet jeżeli ta myśl go dręczyła, nie dawał tego po sobie poznać.
            Wielkim wydarzeniem było także pojawienie się trenerki Katarzyny Wagner – ta sama, która prowadziła chłopców w liceum do finałów. Wzruszyła się na widok swoich dawnych podopiecznych, a oni przytulili ją mocno we czwórkę. Dołączyła także Roksana, wybiegając na chwilę poza sklepik z pamiątkami (koszulki, piłki, płyty, spodenki), który obsługiwała.
            – Och, chłopcy! Jak dawno was nie widziałam – mówiła trenerka. – Gabriel, zmężniałeś!
            – No co pani… – zawstydził się.
            – Za to Filip się nic a nic nie zmienił.
            – Jak to?! Przecież mam inną fryzurę! I zdecydowanie lepszą skórę, bo kupiłem nowy krem i…
            – Właśnie o tym mówiłam – przyznała. – Och, Nataniel! Oczywiście, prawie cię nie zauważyłam.
            Skinął głową, ale uśmiechnął się.
            – Miło panią znów widzieć.
            – I Cyrus – dodała, patrząc na kapitana Cudów. – Jak twoje zdrowie?
            – Wszystko w porządku, dziękuję. Powoli wracam do dawnej formy.
            – Roksana, dalej ich pilnujesz, co?
            – Beze mnie nie daliby rady – stwierdziła, bezwładnie rozkładając ręce. Panie zaśmiały się, ale panowie nie podzielali tego zdania.
            – Trenerko, rozumiem, że jesteś tutaj z jakąś drużyną?
            – Zgadza się – przyznała. – W waszym dawnym liceum utworzono nową drużynę koszykarską. – Wszyscy spojrzeli w kierunku, w którym wskazała. – Myślę, że tworzą się Nowe Cudy, Cyrusie – oznajmiła z uśmiechem. – Co ty na to?
            – Na pewno nie będą tak dobre jak moje – odpowiedział. – Ale jestem ciekawy jak im pójdzie.
            – Kto wie? Może niedługo się dowiecie.
            Trenerka uśmiechnęła się tajemniczo. Niestety nie mieli czasu, aby pytać o co chodzi, bo każde z nich musiało wrócić do swoich obowiązków.
            Podsłuchałem tę rozmowę, chociaż nie powinienem. Ale legenda Cudów od dawna mnie interesowała. To oni sprawili, że ten sport stał się tak popularny wśród młodzieży. Siedem niesamowitych talentów. Siedem niepowtarzalnych osobowości.
            Ruszyłem dalej, aby móc obserwować pracę opiekunów i w razie czego im pomagać.
            Maksymilian był przewodniczącym konkurencji podciągania się na koszu. Wzbudził szczególnie wielkie wrażenie, gdy dotarła do niego grupka Malwiny. Dzieciaki obserwowały olbrzyma ze strachem.
            – Ale sięga pan do samego kosza? – zapytała mała dziewczynka. Maksymilian bez większego wysiłku uniósł dłoń i dotknął obręczy. Dzieciaki pisnęły podekscytowane.
            – Tutaj będziecie… ten, no… – Zamrugał oczami. – podciągać się. Kto zrobi najwięcej, ten wygrywa, oczywiście… No.
            Następnie podsadzał dzieciaki z najmłodszej grupy, a następnie ich asekurował, licząc podciągnięcia.
            – Chyba przydałoby ci się trochę cukru, co? – zapytałem.
            – Nie jadłem nic od drugiego śniadania – przyznał. Uniosłem brew. Było kilka minut po dziesiątej. – Zjadłbym coś…
            – Poproszę, aby ktoś ci przyniósł kilka batoników, co ty na to?
            Kilka batoników na pewno go nie zaspokoi, ale na jakiś czas uspokoi. Maksymilian pokiwał głową z wdzięcznością. Następnie wrócił do swoich obowiązków. O dawkę cukru dla naszego giganta poprosiłem Roksanę, która skinęła głową.
            Niedaleko organizowany był bieg z piłką i kozłowanie. Tej konkurencji pilnował Filip, nasz spec od kozłowania. Miał świetny kontakt z dziećmi, zwłaszcza z dziewczynkami, które musiały go pomylić z kimś sławnym. Robił sobie z nimi dużo zdjęć i wygłupiał się, kupując ich zaufanie.
            Jak się okazało, był całkiem dobrym nauczycielem, czego po nim bym się nie spodziewał. Tym, którym na początku nie szło, pokazywał jak odpowiednio kozłować i robił to w zwolnionym tempie, aby każdy zrozumiał. Olśniewający Filip cieszył się też z uznania, jakie na niego spłynęło.
            Na drugim końcu sali stał Norbert i pod jego uważnym okiem rozgrywał się konkurs rzutów do kosza. Każdy miał dziesięć szans, a chłopak zapisywał najlepsze wyniki. W przeciwieństwie do innych nie angażował się w naukę, ale za to chwalił tych, którym szło bardzo dobrze.
            Zadanie u Gabriela polegało na uderzeniu piłki o parkiet i wystrzeleniu jej jak najwyżej. Konkurs odbywał się w parach, aby wybierać osobę, której piłka poleciała wyżej.
            Artur z kolei pilnował tych, którzy biegali między liniami od jednego do drugiego końca boiska. Za to Mariusz zapisywał wyniki tych, którzy piłkami żonglowali.
            Nowemu Rafałowi przypadła stacja z obracaniem piłki wokół własnego ciała, zaczynając od stóp, idąc do góry. Sam miał przy tym mnóstwo zabawy. Z charakteru przypominał Marcela, ale był odrobinę spokojniejszy i z jakiegoś powodu nie lubili się z Oliwierem.
            Sam Marcel oczywiście zajmował kolejny kosz, a wyzwaniem u niego był rzut za trzy punkty. Najpierw sam oddał kilka rzutów z różnych odległości i miejsc, pokazując na co go stać. Podobnie jak publikę w trakcie meczów, tak i teraz – oczarował.
            Natomiast Nataniel opiekował się tymi, którzy podawali sobie piłkę. Biegło się w parach i nie można było jej stracić. Natan doskonale sobie radził z podopiecznymi.
            Nie mogłem się powstrzymać od zerkania w stronę Oliwiera. Przez te całe godziny siedział przy kole środkowym i liczył ile pompek zrobią kolejni zawodnicy. Podziwiałem z boku jego cierpliwość, a także fakt, że zgodził się na udział w tej imprezie. Odpowiedzialnie zapisywał wyniki i był nawet uprzejmy, mimo że wyglądał groźnie w tych kolczykach i T-shircie z trupią czaszką.
            – Proszę pana. – Nim zorientował się, że mała dziewczynka mówi do niego, minęło kilka sekund. Zaskoczony, zamrugał oczami i wskazał na siebie.
            – Ja?
            – Proszę pana, a bolało, jak panu robili te kolczyki?
            Roześmiałem się, widząc twarz Oliwiera. Wyglądał na szczerze zagubionego i zdezorientowanego.
            – Uch… Nie… Znaczy… tylko trochę, ale nie tak długo… – wyrzucił z siebie po kolejnych sekundach walki w myślach.
            – Moja mama mówiła, że boli.
            – Cóż… twoja mama ma… rację.
            Uśmiechnęła się zadowolona. Po chwili odezwał się do niego chłopak, który mógł mieć najwyżej dziesięć lat.
            – Ale czaszka!
            – Fajna? – spytał niepewnie.
            – Jest super! A co tu jest napisane? – Wskazał na napis na T-shircie.
            – Ach… to po fińsku – wyjaśnił.
            – Co to znaczy?
            – Eeeee… śmierć.
            – Czad! – Chłopakowi aż błysnęły oczy.
            Tylko Oliwier mógł założyć T-shirt z fińskim napisem „Śmierć” na spotkanie z dziećmi. Nieważne jednak jak groźnie starał się wyglądać, radość i prostolinijność dzieci zupełnie go rozbrajały. Uśmiechnął się delikatnie, a gdy dostrzegł, że na niego patrzę, spoważniał i wrócił do liczenia.
            Impreza trwała jeszcze kilka godzin, a na jej koniec każde z nas dało popis talentów. Dzieciaki zgromadziły się na liniach bocznych, aby nas obserwować, a każdy z nas pokazywał na co go stać. Gabriel robił wsady, Marcel rzucał za trzy punkty, Filip kozłował, omijając przeszkody, a Nataniel wykonywał swoje szybkie podania.
            – Kapcio Gapcio! – krzyknął Filip. A któż by inny? – Twoja kolej! Pokaż co potrafisz!
            – Filipie, cieszę się, że zgłosiłeś się na ochotnika, aby zademonstrować mój talent.
            Albo mi się wydawało, albo Filip nieco zbladł. To mogła być wina oświetlenia.
            – A-ale Kapcio! Czy nie potrzeba większej ilości ludzi do tego?
            – Im więcej, tym lepiej – przyznałem. – Gabriel, Nataniel, Rafał, Marcel razem z Filipem ustawcie się pod koszem.
            W piątkę ustawili mur, który wywołał ekscytację wśród obserwujących.
            – Oliwierze? – zapytałem. Skinął głową, nie patrząc na mnie.
            Znał mój talent jak nikt inny. Z nikim innym moje umiejętności tak nie współgrały jak z szybkością Oliwiera. Dawniej z szybkością Cyrusa.
            Tak, koszykówka to gra, w której wiele zależy od twojej drużyny.
            Oliwier ustawił się przed murem, a ja stanąłem na środku boiska.
            Skinąłem głową na znak, że jestem gotowy. I rozpocząłem.
            Tak jak zawsze, dla obserwujących to wszystko trwało raptem kilka sekund. Dostrzegłem to, oglądając mecze i analizując różne nagrania. To wszystko było takie krótkie. Ale gdy się grało, gdy biegło się na mur przeciwników, wszystko potrafiło się przeciągać. Czas był względny.
            Widziałem jak Oliwier się wycofuje pod kosz, wzdłuż linii rzutów. Filip i Gabriel próbowali go zatrzymać. Natan, Rafał i Marcel byli gotowi na moje nadejście.
            Przyspieszyłem, niczym wystrzelona kula armatnia, kierując się prosto na mur.
            Pisk butów i doping kibiców były jak natchnienie. I jeden cel – kosz. Zdobyć punkty.
            Pierwszy przeciwnik. Rafał. Najmłodszy z nich.
            Krok krótki, piłka po lewej, trzeba ją ochronić przed odbiorem. Zmyłka. Krok długi, minąłem go z prawej strony.
            Drugi przeciwnik. Marcel. Nie rusza się najszybciej, ale może mnie zatrzymać.
            Krótki krok w prawo. Stopa blisko jego stopy. Obrócił się odruchowo, aby na mnie nie wpaść i spróbować zatrzymać. Na to czekałem. Szybki ruch prawą nogą w lewą stronę. Minąłem go, gdy stał bokiem. Nie jest już zagrożeniem, jego plecy nie odbiorą mi piłki.
            Trzeci przeciwnik. Nataniel. Na niego trzeba uważać, jest mistrzem, jeżeli chodzi o kradzież piłki.
            Wymijanie go może być problemem. Choć niski, to znam jego możliwości.
            Krok w jego kierunku. Nie wycofuje się. Jasne, błękitne oczy lądują na piłce. Widać w nich plan, wie jak ją zdobyć. Wyciąga rękę, chcąc wybić. Długi krok do tyłu. Jego dłonie są za krótkie, nie sięga piłki.
            Pora na drugą część.
            Podanie do Oliwiera tuż pod ręką Nataniela. Filip i Gabriel bronili mojego sojusznika, ale zdążył ich wyminąć (kopiując talent Ariela), a następnie z piłką w dłoni, skoczył do kosza, wykonując wsad (skopiowawszy umiejętności Gabriela).
            Kilka sekund. Dla mnie prawie minut. Dwa punkty dla nas. Podkreślenie jak ważna jest gra zespołowa.
            Oklaski publiczności. I czas wraca do normy.
            Oliwier wylądował na parkiecie, uśmiechając się złośliwie. Uwielbiał kopiować talenty innych, a potem obserwować ich twarze. Gabriel powinien być już przyzwyczajony do tego widoku. Ale rozumiałem ich. To było jak obserwowanie siebie w lustrze.
            – Popisujesz się – rzuciłem do Oliwiera, gdy po raz drugi zgarnął piłkę i wrzucił ją do kosza.
            – Nie chcę słyszeć tego od kogoś, kto właśnie zaprezentował, jak to nazywają, „Ostateczny Atak”?
            Uśmiechnąłem się delikatnie.
            – Nie ja to tak nazwałem, tylko Filip.
            – Wiem. Lubi to dramatycznie nazywać po angielsku „Ultimate Attack”. – Wywrócił oczami.
            – O tobie mówi „Copycat”.
            Zamrugał oczami, szczerze zaskoczony.
            – Copy… cat?
            – Wszystko pasuje, kocie.
            Oliwier wyglądał na zdezorientowanego, a ja przypomniałem sobie, że jesteśmy w trakcie kłótni. Jednak mimowolnie nazwałem go tak, jak zdarzyło mi się go nazywać, gdy byliśmy sami.
            Nie uśmiechnął się, ale jego spojrzenie złagodniało.
           
***

            Konkurencje zostały zakończone, nagrody rozdane, a zdjęcia zrobione (głównie przez Filipa, Rafała i Marcela). Gdy nasi młodzi zawodnicy się rozeszli, musieliśmy pomóc w sprzątaniu sali. I tak dopiero koło siedemnastej drużyna zaczęła się rozchodzić, wracając do swojego życia.
            Oliwier czekał na mnie. Siedział na ławce, wpatrując się w park przed halą sportową.
            Wziąłem głębszy wdech, przygotowując się do rozmowy. Prawdę mówiąc sam nie byłem w tym dobry, ale wiedziałem, że to konieczność.
            – Gotowy? – zapytałem, gdy do niego podszedłem.
            – Taaa…
            – Gdzie idziemy?
            Wzruszył ramionami.
            – Byle nie do Spreso – zaznaczył, dźwigając się na równe nogi. Po czym dodał: –  Miejsce pracy.
            – Rozumiem. – Skinąłem głową. – Spacer?
            – Zakończony kawą.
            – Siuwaksem?
            – Broń Boże.
            A więc ruszyliśmy spokojnym krokiem w ciszy. Oczywiście, w takiej ciszy, jaka mogła towarzyszyć dwójce ludzi w centrum miasta. Pierwsze słowa padły dopiero niedaleko boiska przy Pałacu Kultury.
            – Zimno – stwierdziłem.
            – W końcu zima.
            Neutralna rozmowa o pogodzie. Dobrze.
            – Dla ciebie to chyba nie problem?
            – Lubię zimno – powtórzył chyba po raz setny. – Helsinki, te sprawy.
            – Planujesz jakoś tam lecieć?
            – W okolicach stycznia, razem z Ievą. Na weekend.
            – Rozumiem. – Milczałem chwilę. – Dalej lecisz ze mną do Paryża po Świętach?
            – Jeżeli chcesz.
            – A ty chcesz?
            Nie lubiłem tej części. „Jeżeli chcesz”. Miejże jaja, Madgrey, powiedz,  co myślisz!
            – Chcę – odpowiedział po chwili ciszy.
            – A więc dlaczego nie powiedziałeś?
            – Bo mogłeś nie chcieć…
            – Inaczej bym nie pytał.
            Czy my naprawdę zachowywaliśmy się jak na początku związku? Ruszyliśmy chociaż trochę do przodu przez tych osiem miesięcy?
            Nie myśl za dużo, Arcenciel. Obaj macie swój bagaż, obaj uzgodniliście, że to będzie spokojny związek i dajecie sobie wzajemnie czas na przystosowanie się.
            Ale to już osiem miesięcy.
            To dużo czy mało? Byłem już w dłuższych związkach.
            Musiałem pamiętać, że po każdej kłótni Oliwier zamykał się w swojej skorupie. Wracał do bezpiecznego miejsca i potrzebował czasu, aby stamtąd wyjść. Dlatego nie chciałem drążyć tematu „jeżeli chcesz”. Obaj chcieliśmy. Obaj byliśmy zbyt głupi, aby to powiedzieć od razu.
            – Cieszę się. Mama nie może się doczekać, aby cię poznać.
            – Nie stresuj mnie dodatkowo.
            – Stresujesz się?
            – Pierwszy raz będę oficjalnie poznawał rodziców mojego chłopaka i to jeszcze w okolicach świąt Bożego Narodzenia. Pomijam fakt, że wykorzystuję na to moje ostatnie dni urlopu, który dostałem tylko dlatego, że podczas dyskusji z szefem wsparł mnie Marcel. W ogóle, świętujecie to we Francji? Boże Narodzenie.
            – Tak. Może nie tak duchowo jak tu, ale tak. Przykro mi z powodu urlopu.
            Wzruszył ramionami.
            – Po to jest, nie? Tyle, że będę musiał tu być na Nowy Rok.
            – Nie chcesz spędzić Świąt z rodziną?
            – Byłoby naprawdę ciężko. Ieva leci do Helsinek. Potem ma tu przylecieć z mamą i… sorry, to skomplikowane.
            Roszady w rodzinie Oliwiera były godne gier strategicznych. Widziałem jak bardzo go denerwuje to, że muszą tak kombinować, by ustalić kto kiedy ma się z kim spotkać.
            – Jesteś pewien, że wolisz lecieć do Paryża?
            – Jasne. – Spojrzał na mnie dziwnie. – Uwierz, to mi naprawdę pomoże. A z mamą i siostrą spotkam się po powrocie. Nie przejmuj się tym.
            Nasz temat został przerwany przez lawirowanie między ludźmi na placu przy metrze Centrum, z którego zawsze korzystał Oliwier. Dopiero po dostaniu się do podziemi mogliśmy wrócić do rozmowy.
            – Cieszę się, że chcesz ze mną spędzić Boże Narodzenie – wyznałem.
            Nie odpowiedział, ale uśmiechnął się delikatnie.
            Kierowaliśmy się w stronę placu Zbawiciela, opowiadając sobie o tym co się u nas działo przez ten ostatni, cichy tydzień. Oliwier narzekał na jakiegoś klienta, który zarzucił mu, iż źle dobrał składniki kawy, co było równoznaczne z wymierzeniem policzka.
            Słuchałem go uważnie, rzadko kiedy wyrzucał z siebie złość. Przeważnie ją tłumił, aby w końcu wybuchnąć. Teraz po prostu pozbywał się złej energii. Może jednak trochę dojrzał?
            – A na koniec jakaś baba – wypowiedział ostatnie słowo jak najgorszą obelgę – chciała się dowiedzieć, dlaczego nie mogę zrobić, aby pianka była na dnie! Rozumiesz? Na jebanym dnie! Odpowiedziałem jej „Jejku, przepraszam. Gdybym tylko potrafił odwrócić prawa fizyki”. Obrażona odstawiła kawę i sobie poszła!
            – Naprawdę to powiedziałeś?
            – Tak. Miałem zjebkę, ale szef trochę mnie zrozumiał. Pianka. Na. Dnie. Gaspar, no kurwa!
            – Daj spokój. Kobieta była z innej planety.
            – Właśnie nie! Boli mnie to, że była z tej planety. – Zasmucił się, kręcąc głową. – Potrzebuję kawy.
            Zatrzymaliśmy się przy naszej drugiej, ulubionej kawiarni, znajdującej się niedaleko Placu Zbawiciela. Widać z niej było kościół, rondo i samą tęczę, którą Oliwier lubił określać jako moje potomstwo.
            Usiedliśmy w kącie, ledwo znajdując jakieś miejsce.
            – Zamówię – oznajmił. Zawahał się. – Chcesz to co zawsze?
            To miłe, że pamiętał co zamawiam. Skinąłem głową.
            Podszedł do baru i złożył zamówienie. Wyjrzałem przez okno, obserwując ludzi aż do powrotu Oliwiera.
            A więc zaczęło się. Nasze rozmowy przy kawie i próby godzenia się.
            Nim zdążyłem powiedzieć cokolwiek, wyrzucił z siebie:
            – Przepraszam.
            W przeciwieństwie do wielu innych ludzi, Oliwier rzadko kiedy przepraszał. Nawet gdy przeciskał się między siedzeniami w kinie, torując nam drogę do miejsc.
            – Za całą tę akcję sprzed tygodnia. Wiem, że jesteś zabiegany. Studia, praca, treningi… Niby mam to samo, ale tobie to zabiera więcej czasu. Masz więcej obowiązków. Wściekłem się, bo… nie miałeś czasu dla mnie.
            Czas jest względny.
            – Rozumiem. – Powoli pokiwałem głową. – Wiem, że ostatnio widywaliśmy się rzadziej. Mamy prace, studia… A na treningach nie możemy być do końca sobą.
            – Wiem, wiem…
            Milczałem chwilę, szukając rozwiązania.
            – Musimy coś wymyślić – powiedziałem, marszcząc czoło. Przyglądał mi się swoimi szarymi oczami. Wierzył, że znajdę rozwiązanie. – Najważniejszą sprawą jest czas, prawda?
            – Na to wychodzi.
            – Na pewno mam wolne weekendy. Chyba że mamy treningi, ale to przeważnie rano.
            – Dwa dni w tygodniu? Słabo.
            – Prawda…
            Podano nasze napoje. Oliwier z dzikim spojrzeniem prawie rzucił się na swoją kawę. Podczas gdy on zanurzył usta w cieczy, mrucząc przyjemnie i zamykając oczy, ja otworzyłem małą saszetkę z cukrem i wsypałem zawartość do własnego napoju.
            Oliwier zadrżał z przyjemności.
            – Nie tak dobra jak ja robię, ale trzyma poziom – oznajmił zadowolony. To i tak był duży komplement.
            – Dobra kawa chodziła za tobą cały dzień, prawda?
            – Tak. A na hali mają tylko siuwaksy z automatu.
            – Bezczelność.
            – Moja petycja, aby otworzyli tam kawiarnię z prawdziwego zdarzenia nie spotkała się z większym poparciem. – Pokręcił głową. – Rzekomo nie była to kluczowa inwestycja obiektu sportowego.
            Uniosłem brew.
            – Co powiedziałeś?
            – Wiem! Dasz wiarę? Zupełnie jakby nikt na świecie nie pił kawy.
            – Nie, nie. – Pokręciłem głową. – Wpadłem na pomysł. Tylko obiecaj, że nie zwariujesz przez swój strach przed zobowiązaniem w związku i nie uciekniesz z kawiarni.
            – Niczego nie mogę obiecać – odpowiedział, oblizując palec z pianki. – Ale dobrze wiesz, że jestem chujowy w zobowiązaniach w związku.
            – Więcej wiary w siebie – powiedziałem nieco zmęczony. Oliwier naprawdę lubił pokazywać się w złym świetle.
            Sięgnąłem do kieszeni spodni i wyjąłem z nich brzęczące klucze. Uniosłem je na wysokość naszych oczu. Oliwier zmarszczył czoło.
            – Mam nadzieję, że na zewnątrz czeka na mnie srebrne ferrari – oznajmił, uśmiechając się złośliwie.
            – Tak, zaparkowałem pod tęczą. Skup się – poprosiłem. – Dostaniesz klucze do mojego mieszkania. Dorobimy ci komplet.
            Oliwier spoważniał. Odstawił powoli filiżankę na stół.
            – Mówisz poważnie?
            – Tak. To pozwoli nam na częstsze spotykanie się, tak myślę. Wydaje mi się, że zaoszczędzimy nieco czasu. I widzę po twoich oczach, że jesteś przerażony.
            – Zaskoczony – odpowiedział. – To po prostu… nagłe. Wiesz, klucze do mieszkania to poważny krok.
            – Wiem. I myślę, że tego potrzebujemy. Nie możemy stać w miejscu.
            Oliwier oblizał wargi i zamyślił się, wpatrując w błysk srebrnych kluczyków.
            – I nie musisz mi dawać kluczy do siebie – zacząłem, chcąc przyspieszyć jego odpowiedź.
            Pokręcił głową i sięgnął do kieszeni kurtki.
            – Malwina się nie pogniewa – stwierdził, wyjmując swój komplet. Wisiały na breloczku z trupią czaszką. – Jeżeli dam ci komplet do naszego mieszkania…
            – Och, dzięki Bogu – odetchnąłem z ulgą. – Bałem się, że nie będziesz chciał mi dać kompletu.
            Oliwier roześmiał się.
            – To robimy to, tak? Wymieniamy się kluczami?
            Skinąłem głową. Oliwier nabrał powietrza.
            – Dobra, potrzebuję drugiej kawy.
            Był podekscytowany.

***

            Prawie dwie godziny później kierowaliśmy się do wyjścia z galerii handlowej. Byliśmy prawie ostatnimi klientami, w której znajdował się punkt dorabiania kluczy. Zatrzymaliśmy się na pustym, oświetlonym korytarzu, wśród zamykających się sklepów.
            – Czyli ten komplet jest twój. – Podałem Oliwierowi duplikat.
            – A ten jest twój – odpowiedział, podając mi klucze do mieszkania, które dzielił z Malwiną.
            – Jesteś pewien, że nie będzie zła?
            – Będzie, jeżeli nie przyjmiesz kluczy i nie dasz się nakarmić.
            – Nakarmić?
            – Słowo daję, ostatnio Malwina karmi wszystkich. Uczy się lepiej gotować.
            Uśmiechnąłem się delikatnie.
            – W takim razie skorzystam.
            Wpatrywaliśmy się chwilę w siebie. Oliwier uśmiechnął się złośliwie.
            – Wyglądasz jakbyś chciał mnie pocałować.
            – Bo chcę.
            – To zrób to.
            Odczekałem chwilę i dopiero wtedy się nachyliłem, aby móc go pocałować. Stęskniłem się za jego ustami, nieco szorstkimi i agresywnymi, ale jakże przyjemnymi. Przejechałem dłonią za jego uchem, bawiąc się kolczykiem. Zamruczał przyjemnie.
            Mój kot.
            – Zrobimy teraz tak – powiedział, gdy przerwaliśmy. – Wrócę do siebie i wezmę kilka rzeczy potrzebnych mi na poniedziałek na zajęcia i na jutro do pracy. I spędzę resztę weekendu u ciebie.
            – Zgoda.
            – I rozdziewiczę klucze.
            – W porządku.
            – A ty będziesz czekał na mnie nago w łóżku, na czworaka.
            – Wykluczone.
            Warknął i pokręcił głową.
            – Zabijasz zabawę.
           
***

            Z dwójką kapitanów udało mi się spotkać we wtorkowe popołudnie. Umówiliśmy się na hali sportowej, aby porzucać do kosza. To był jeden z elementów pomocy Cyrusowi, by mógł wrócić do formy. A ja bardzo się cieszyłem z tego powodu, iż mogłem znów grać z dwójką moich ulubionych graczy, z którymi znałem się od gimnazjum.
            I na dodatek, każdy z nas był teraz w związku. Cyrus z Bianką, Bruno z Malwiną, a ja z Oliwierem. Gdyby ktoś kilka lat temu powiedział, że tak to się skończy, wyśmiałbym go. A jednak, los był zaskakujący.
            – Gasparze, mam do ciebie pytanie – odezwał się Cyrus. Przez cały wieczór był dziwnie cichy. Znaczy, zawsze był cichy, ale tym razem po prostu przechodził samego siebie.
            – Tak? – zapytałem, wierząc, że to mu rozwiąże język.
            Bruno rzucił do kosza i trafił.
            – Wspominałeś, że masz apartament w Paryżu, prawda?
            – Zgadza się.
            Cyrus rzucił do kosza. Trafił.
            Uderzenia piłki rozeszły się po sali. Na boisku obok grano w siatkówkę i było już całkiem głośno.
            – Niedługo miną trzy lata jak jestem z Bianką – oznajmił Cyrus. Nerwowym tonem. – Głupio mi o to prosić, ale chciałbym ją zabrać z tej okazji w ładne miejsce. Pomyślałem o Paryżu i o tym, że… masz tam nieużywany apartament, więc…
            – Och – przerwałem mu. – No nie wiem, Cyrus. W końcu to moje mieszkanie. Oczywiście, mogę wam pomóc opracować plan chodzenia po Paryżu.
            – Rozumiem. Przepraszam, że…
            Zaśmiałem się głośno, widząc jego zasmuconą minę.
            – Cyrus, spokojnie! Żartowałem. Oczywiście, że wam udostępnię apartament. Po co mielibyście płacić za hotel, skoro macie inną możliwość?
            Blondyn wpatrywał się we mnie przez moment. Bruno pokręcił głową.
            – Nie drocz się z nim. Wiesz, że ma słabe serce.
            Cyrus odetchnął.
            – Dziękuję. Obiecałem jej, że kiedyś ją zabiorę do Paryża, a nadarza się okazja. To na pewno żaden problem?
            – Żaden. Przyjedź tylko do mnie po klucze i wtedy dam ci wszelkie instrukcje jak tam trafić z lotniska i takie tam.
            – Nawet nie wiesz jak dobrze to słyszeć. – Uśmiechnął się szeroko. – Chcę się jej tam oświadczyć.
            Rzuciłem piłką do kosza. Trafiłem. Ledwo. W momencie rzutu, obróciłem się na pięcie.
            – Żartujesz?!
            Brunonowi opadła szczęka. Cyrus uśmiechnął się delikatnie, jak to Cyrus. Skromnie.
            – Kupiłem już pierścionek.
            – Co za cliché. – Bruno pokręcił głową, ale uśmiechał się. – Poprosić o rękę w Paryżu? Cliché.
            – Cyrus, to poważny krok. Gratuluję! – Wyściskałem go. Biedak musiał znieść to, że nie szczędziłem w tym momencie sił.
            – Oczywiście, ja również gratuluję – dodał Bruno, klepiąc go po plecach. – Ty i Bianka pasujecie do siebie idealnie.
            – Dziękuję. Dziękuję wam za to, że tu jesteście w takim momencie.
            – Czyli kiedy chcecie lecieć?
            – Miesiąc po Walentynkach. W marcu.
            – Och, jak wam się uda, traficie na całkiem ładną pogodę – stwierdziłem. – Nikt nie wie?
            – Tylko babcia. I wy. I niech tak zostanie, dobrze? Chcę, aby Bianka miała niespodziankę.
            Temat oświadczyn Cyrusa nie kończył się przez cały nasz trening. Niczym najlepsze plotkary, zasypywaliśmy go pytaniami gdzie i jak ma zamiar to zrobić. Jak to Cyrus, nie wprowadzał nas w wiele szczegółów, ale nie chciał już odwlekać tego w czasie. Kochał Biankę. Ona kochała go.
            Niecałą godzinę później byłem z Brunem w szatni. Cyrus poszedł już pod prysznic, a my zabieraliśmy swoje rzeczy i zrzucaliśmy spocone, sportowe ubrania.
            – Strasznie się tym ekscytuję – szepnąłem.
            – Czym? Prysznicem?
            – Nie, Bruno. – Spojrzałem na niego z rozbawieniem. Rzadko kiedy żartował. – Oświadczynami.
            – Cyrus dojrzewa najszybciej z nas wszystkich. – Skinął głową. – Nie jestem szczególnie zaskoczony, że to on pierwszy poprosi kogoś o rękę. Będzie pierwszy… Drugi. Pierwszy był Ariel.
            – A ty i Malwina? – zapytałem.
            – W lutym mamy pierwszą rocznicę. Chciałbym pojechać z nią w góry. Mówiła, że kocha snowboard, ale dawno nie była, więc to idealna okazja.
            – Dobry plan. Boże. – Przejechałem dłońmi po twarzy. – Starzejmy się, Brunonie. Jeszcze niedawno byliśmy w gimnazjum, grając w koszykówkę. Liceum minęło strasznie szybko, pierwsze EuroBask i bach! Powoli zaczynamy się oświadczać. – Z wrażenia usiadłem na jednej z ławek. – Czas leci tak szybko. To jest… niesamowite.
            – Trochę przerażające, gdy tak to ubierasz w słowa – oznajmił Bruno. Był już kompletnie nagi i właśnie wiązał swój ręcznik na biodrach. – Przed nami jeszcze lepsze rzeczy. Ja na przykład nie tęsknię za tamtymi czasami, bo byłem wielkim dupkiem.
            – Nie aż tak wielkim.
            – Naprawdę wielkim.
            – Dobrze… Byłeś.
            Bruno uśmiechnął się blado.
            – Nie ma co żałować. Wiele jeszcze przed tobą, kapitanie – oznajmił, ruszając pod prysznic. – Lepiej się nie zatrzymuj.
            Obserwowałem go aż zniknął za drzwiami. Najprawdopodobniej miał rację.
           
***

            Na początku skarciłem się w myślach, że zostawiłem zapalone światło w salonie, a dopiero potem przypomniało mi się, że dałem Oliwierowi klucze do mieszkania. W holu roznosił się przyjemny zapach makaronu i sosu. Miałem dobre przeczucie co do źródła.
            Nie pomyliłem się. Stanąłem w drzwiach kuchni, aby móc przez chwilę obserwować jak Oliwier Madgrey miesza sos.
            – Czego się szczerzysz?
            – Wyglądasz bardzo ładnie w tym fartuchu – stwierdziłem, wchodząc do pomieszczenia. Stanąłem za Oliwierem i objąłem go. – Dobry wieczór.
            – Mógłby być lepszy, gdybym nie zjebał sosu.
            – Na pewno będzie dobry – stwierdziłem. Dłonie zjechały do jego pasa. Same. Słowo. – Jestem taki głodny, kocie…
            – Jeszcze trochę.
            Przejechałem brodą po jego ramieniu.
            – Jak… minął dzień? – zapytał Oliwier, intensywnie wpatrując się w garnek. Uśmiechnąłem się pod nosem.
            – Męcząco. Trenowałem z Brunonem i Cyrusem – powiedziałem, zachowując dla siebie informację o planach zaręczynowych. – A twój?
            Przez chwilę nie odpowiadał.
            – Normalka. Zapowiedzieli kolokwium, potem byłem w pracy. Dzisiaj były pustki w sumie.
            – Mhm. – Mruknąłem, wdychając jego ciepły, przyjemny zapach ciała i dobrze mi znanych perfum. Poruszyłem biodrami, a Oliwier syknął.
            – Weź, przydaj się na coś i rozłóż talerze – warknął. – Ja tu się skupiam, aby uratować sos.
            Zostawiłem go w kuchni, czując, że robi się coraz bardziej zestresowany. Tak jak prosił, rozłożyłem talerze, sztućce i przygotowałem kieliszki do wina. Ponieważ dalej przeklinał w kuchni, poszedłem do łazienki, aby trochę się odświeżyć. Uśmiechnąłem się do swojego odbicia w lustrze. Czarne kosmyki włosów opadały na moją twarz, która wydawała się być zaskakująco uradowana.
            Oliwier już dla mnie gotował, ale pierwszy raz zrobił to jako niespodziankę. Przeważnie jedliśmy na mieście lub to co ja ugotowałem. Chyba polubię tę wymianę kluczy.
            Wróciłem do salonu (w innej koszuli) i nasze porcje już czekały. Oliwier stał przy stole, obserwując mnie. Uśmiechnąłem się, aby trochę zluzował.
            – Obserwowanie cię jak panikujesz jest lepsze niż seks – oznajmiłem, siadając przy stole. On również zajął swoje miejsce.
            – Nie panikuję – oznajmił, drgającym głosem. – Po prostu chcę, aby smakowało. Na chuj mi zatrucie pokarmowe?
            Uśmiechnąłem się jeszcze szerzej.
            – Dziękuję – powiedziałem.
            Wzruszył ramionami i nie skomentował. W końcu to nie było nic wielkiego – ugotować dla kogoś obiad. A przynajmniej tak udawał.
            Następnie musiałem słuchać przez dwadzieścia minut jak narzeka na sos do spaghetti, który zrobił, aż w końcu zapewniłem go, że jest naprawdę dobry. Nie chciał mi wierzyć, doszukując się niedoskonałości.
            Przestał dopiero, gdy poprosiłem o dokładkę. Wtedy mi uwierzył, że smakuje.
            Oliwier ugotował, ja posprzątałem. Zmywałem naczynia, gdy to on stanął za mną. Obejrzałem się przez ramię. Zaczął gryźć moją szyję.
            – To boli.
            – Wiem – odpowiedział. – Ból uszlachetnia, co nie?
            Roześmiałem się i pokręciłem głową.
            – Miło mi, że to zapamiętałeś. Ale w tym wypadku ból zostawia też malinki na szyi.
            – Przeszkadzają ci? – zapytał, przenosząc ugryzienia na drugą stronę.
            – Nie, bo i tak noszę szalik i koszule z kołnierzami.
            Ugryzł mocniej. Moje słowa odebrał jako zgodę. Odłożyłem naczynia i zwróciłem się w jego stronę. Pocałowałem go w usta, jednocześnie przykładając mokre dłonie do jego policzków. Zostawiłem odrobinę piany niedaleko jego ucha.
            – Rozbierz się – rozkazałem.
            – Dobrze, kapitanie – odpowiedział z zadziornym uśmiechem. Ściągnął z siebie t-shirt, odrzucając go niedbale na bok. Prześlizgnął się po podłodze i zatrzymał przy lodówce.
            Dłońmi przejechałem po jego torsie, a on rozpiął w tym czasie pasek. Spodni pozbył się równie szybko co górnej części garderoby. Nie miał na sobie żadnej bielizny.
            Złapałem go za włosy i pociągnąłem. Syknął lekko z bólu, mieszając to z przyjemnością. Dowiedziałem się o tym niedawno. Oliwier lubił był ciągnięty za włosy. Gdy odchylił głowę do tyłu, ustami zaatakowałem jego szyję, którą kilka razy pocałowałem, a następnie ugryzłem.
            Dłońmi zjechałem po jego plecach. Jego ciało stało się bardziej wyrafinowane, a wszystko dzięki treningom. Znaliśmy się już od ponad roku i widziałem te zmiany. Delektowałem się nimi jak smakosz. Był dobrym daniem, pachnącym i ciepłym. Podawanym zaraz po kolacji.
            Oliwier nie wstydził się swojej nagości. Emanował pewnością siebie w blasku kuchennych świateł. Jego szare oczy błyszczały groźnie. On też chciał jeszcze jeść.
            Napawałem się jeszcze chwilę widokiem nagiego chłopaka, aby potem do niego dołączyć. Zaczęliśmy ucztować.